Mam w sobie sporo ze zbieraczki. Dokładnie mówiąc, są takie rzeczy, których zbieranie wciąga tak, że mogę stracić poczucie czasu. I nie jest to tylko kwestia czegoś, co mogę zyskać. Wsiąkłam tak ostatnio w usuwanie rozplenionych rozchodników na kamieniach.
Jednak we wpisie nie chodzi o chwasty, tylko radość, jaką sprawiło mi niedawno morze. Otóż pierwszy raz rzucało mi pod nogi okruchy bursztynów i to w miejscu, w którym chyba nigdy bursztynków nie spotkałam - zazwyczaj zbiera się je na Wyspie Sobieszewskiej i dalej na Mierzei Wiślanej. Ale w Jelitkowie?!?
A tymczasem w słoneczne popołudnie...
Idę i coś błyszczy. Wracam - kolejny. I tak kilka razy chodziłam w tę i wewtę podnosząc kolejne drobiny.
Drobiny. Jedyna wartość to ta radość, że podpływają pod nogi. Muszę zatem pojechać na Mierzeję...
(A tak w ogóle, to bursztynów mam sporo. I korale, które robił dla mnie mój Tato. Takie najpiękniejsze, nieszlifowane).


Mam tak samo :). Kiedyś pojechaliśmy na Mierzeję Wiślaną i tam grzebałam w czarnej faszynie do upadłego, wydłubując drobne bursztynki. Zazdroszczę ludziom, którzy mieli szczęście znaleźć taki prawdziwie spektakularny okaz.
OdpowiedzUsuńCzasem się da znaleźć. Ale to najlepiej pojechać po sztormie. No i warto założyć, że nawet taki 2x2cm to jest duży. Nawet 1x1...
UsuńAle nawet takie drobiny są niezwykle urocze!
OdpowiedzUsuńOczywiście. I samodzielnie podniesione z piasku!
UsuńAle fajne skarby 😀
OdpowiedzUsuń