Tak jak w życiu. I jak u Kochanowskiego. Radość się z troską plecie. Tego doświadczamy bardzo mocno w ostatnim czasie. I taka powstała zakładka. Doskonale ilustrująca te dwie strony życia. A na dokładkę w ciekawym zestawieniu kolorystycznym. Zaś pożyczony (z zupełnie innej okazji) aparat umożliwił zrobienie zdjęcia dobrze to zestawienie oddającego.
Jakoś te dwustronne zakładki są wciągające. Może to działa jeszcze urok nowości? Coś niecoś znowu poszło w świat, warto zatem zwiększyć zapasy. Tylko z czasem nie zawsze będzie już tak prosto...
PS. A do tego ta zakładka doskonale mi pasuje do dzisiejszych czytań...
wtorek, 30 września 2014
piątek, 26 września 2014
Lodowa
Wiem, wiem, dopiero zaczęła się jesień i nie bardzo wypada o aż tak zimnych sprawach rozmawiać. Ale jednak powstała lodowa zakładka. Weszła mi w ręce bardzo stara mulina, przywieziona gdzieś w połowie lat 70. ubiegłego stulecia z Rumunii. Wtedy trudno było kupić mulinę w Polsce, Zapasy zostały zrobione przez moją zapobiegliwą Mamę takie, że jeszcze kilka rumuńskich motków mam w pudełku.
Z jednego motka, z niewielkim dodatkiem uzupełniającym brak powstała taka oto kratka:
Dlaczego lodowa? Skojarzyła mi się z zamarzniętym jeziorem oglądanym w mroźny dzień, gdy niebo jest zupełnie niebieskie. Taka mała zapowiedź zimy...
Z jednego motka, z niewielkim dodatkiem uzupełniającym brak powstała taka oto kratka:
Dlaczego lodowa? Skojarzyła mi się z zamarzniętym jeziorem oglądanym w mroźny dzień, gdy niebo jest zupełnie niebieskie. Taka mała zapowiedź zimy...
czwartek, 25 września 2014
Klocki
Uwielbiam.
Budować.
Klocki drewniane z mojego (a może i częściowo mojego Ojca) dzieciństwa ciągle jeszcze istnieją. Budowały z nich i moje dzieci.
Były też za moich dziecinnych czasów klocki plastikowe - nieco toporne naśladownictwo klocków Lego. Kapitalnie się z tego budowało. Doskonałe zapobieganie nudzeniu się... Przy czym największą frajdę sprawiało właśnie samo budowanie...
Oczywicie klocki wykorzystywałam też twórczo do rozwijania najrozmaitszych zabaw, niekoniecznie tylko wznoszenia budowli. A kiedy urodziły się dzieci, przyszły klocki Lego (duże i małe, i te polskie pasujace do nich). Nie te najdroższe zestawy tematyczne. Różne drobniejsze. I tak klocki kończyły w wielkim pudle (z czasem podzielone na wielkości, w dwóch pudłach). Teraz są spakowane, schowane. Ale gdybym miała czas....
Latem, dzięki deszczom, udało nam się obejrzeć wystawe budowli z klocków Lego. Jaką frajdę musieli mieć ci, którzy to wszystko konstruowali! I jaką frajdę miały Kamziki (zadziwił mnie Najmłodszy) odnajdując w gablotach najrozmaitsze postacie i sytuacje z książek i filmów.... Na przykład tu.
Czasem to zbudowane się ruszało...
Budować.
Klocki drewniane z mojego (a może i częściowo mojego Ojca) dzieciństwa ciągle jeszcze istnieją. Budowały z nich i moje dzieci.
Były też za moich dziecinnych czasów klocki plastikowe - nieco toporne naśladownictwo klocków Lego. Kapitalnie się z tego budowało. Doskonałe zapobieganie nudzeniu się... Przy czym największą frajdę sprawiało właśnie samo budowanie...
Oczywicie klocki wykorzystywałam też twórczo do rozwijania najrozmaitszych zabaw, niekoniecznie tylko wznoszenia budowli. A kiedy urodziły się dzieci, przyszły klocki Lego (duże i małe, i te polskie pasujace do nich). Nie te najdroższe zestawy tematyczne. Różne drobniejsze. I tak klocki kończyły w wielkim pudle (z czasem podzielone na wielkości, w dwóch pudłach). Teraz są spakowane, schowane. Ale gdybym miała czas....
Latem, dzięki deszczom, udało nam się obejrzeć wystawe budowli z klocków Lego. Jaką frajdę musieli mieć ci, którzy to wszystko konstruowali! I jaką frajdę miały Kamziki (zadziwił mnie Najmłodszy) odnajdując w gablotach najrozmaitsze postacie i sytuacje z książek i filmów.... Na przykład tu.
Czasem to zbudowane się ruszało...
poniedziałek, 22 września 2014
Moc w słabości
Lubię robić coś, w czym jestem w miarę dobra - chyba jak każdy.
Ale mam też pasję, w której jestem absolutnie najsłabsza wśród moich najbliższych. Otóż w chodzeniu po górach jestem zdecydowanie z tyłu za Kamzikami (co w sumie nie dziwi) i za MN. W sumie w czasach studenckich też chodziłam po górach (pod górkę) raczej powoli, ale to "powoli" było w odniesieniu do śmigających i zaprawionych w biegach na orientację kolegów, nie koleżanek. No i na płaskim kolegom dorównywałam. A teraz po płaskim owszem, umiem iść naprawdę szybko, ale nie mam już kondycji z czasow biegania za autobusem i do szkoły (a Kamziki mają). A pod górkę - powoli. Z górki czasem jeszcze wolniej, bo kolana przysztywnawe. No dobra, zasadniczo ciągle chodzę nieco szybciej niż napisano na drogowskazach (a był taki rok, kiedy się nie dawało szybciej), ale to jest nic w porównaniu z innymi.
Bycie takim najsłabszym ogniwem wycieczki nie jest proste. Inaczej się odbiera zasadę, że "wędrująca po górach grupa powinna dostosować się do najsłabszego uczestnika" wygłaszaną poza konkretnym kontekstem, a inaczej, gdy się samemu jest tym najsłabszym uczestnikiem i to do mnie inni się dostosowują. Świetne źródło frustracji (bo przeze mnie oni nie mogą...), a frustracja może zabić dobry humor i całą radość wędrowania. Zatem trzeba nie tylko przyjąć, że inni są lepsi i silniejsi, ale i pozbyć się zazdrości, fałszywej dumy, pokusy gorzknienia czy narzekania. A wiadomo, że takie uczucia są czepliwe, oj czepliwe.
Podziwiam MN, który cierpliwie wędruje moim tempem i jeszcze twierdzi, że lubi. Podziwiam Kamziki, które czekają w umówionych punktach (albo i w nieumówionych) i na mój widok nie wstają gotowe do dalszej drogi. Wzrusza mnie ich spontaniczna radość, że doszłam. Ich troska. Ich nienarzekanie, że beze mnie może doszliby dalej czy wyżej (nie słyszałam od nich w ogóle takiej propozycji, ale czasem dochodzą dalej i wyżej, bo zdarza się czasem zdobywanie szczytów "metodą himalajską", kiedy ja z własnej woli robię za ostatni obóz :) ).
W tym roku uświadomiłam sobie, że ta moja słabość jest też potrzebna nam wszystkim. Każdy czegoś się może nauczyć. I okazuje się, że dobrze nam razem, niezależnie od tempa wędrowania, Łatwiej w tej sytuacji przyjąć własne ograniczenia i pogodzić się z nimi.
Ale mam też pasję, w której jestem absolutnie najsłabsza wśród moich najbliższych. Otóż w chodzeniu po górach jestem zdecydowanie z tyłu za Kamzikami (co w sumie nie dziwi) i za MN. W sumie w czasach studenckich też chodziłam po górach (pod górkę) raczej powoli, ale to "powoli" było w odniesieniu do śmigających i zaprawionych w biegach na orientację kolegów, nie koleżanek. No i na płaskim kolegom dorównywałam. A teraz po płaskim owszem, umiem iść naprawdę szybko, ale nie mam już kondycji z czasow biegania za autobusem i do szkoły (a Kamziki mają). A pod górkę - powoli. Z górki czasem jeszcze wolniej, bo kolana przysztywnawe. No dobra, zasadniczo ciągle chodzę nieco szybciej niż napisano na drogowskazach (a był taki rok, kiedy się nie dawało szybciej), ale to jest nic w porównaniu z innymi.
Bycie takim najsłabszym ogniwem wycieczki nie jest proste. Inaczej się odbiera zasadę, że "wędrująca po górach grupa powinna dostosować się do najsłabszego uczestnika" wygłaszaną poza konkretnym kontekstem, a inaczej, gdy się samemu jest tym najsłabszym uczestnikiem i to do mnie inni się dostosowują. Świetne źródło frustracji (bo przeze mnie oni nie mogą...), a frustracja może zabić dobry humor i całą radość wędrowania. Zatem trzeba nie tylko przyjąć, że inni są lepsi i silniejsi, ale i pozbyć się zazdrości, fałszywej dumy, pokusy gorzknienia czy narzekania. A wiadomo, że takie uczucia są czepliwe, oj czepliwe.
Podziwiam MN, który cierpliwie wędruje moim tempem i jeszcze twierdzi, że lubi. Podziwiam Kamziki, które czekają w umówionych punktach (albo i w nieumówionych) i na mój widok nie wstają gotowe do dalszej drogi. Wzrusza mnie ich spontaniczna radość, że doszłam. Ich troska. Ich nienarzekanie, że beze mnie może doszliby dalej czy wyżej (nie słyszałam od nich w ogóle takiej propozycji, ale czasem dochodzą dalej i wyżej, bo zdarza się czasem zdobywanie szczytów "metodą himalajską", kiedy ja z własnej woli robię za ostatni obóz :) ).
W tym roku uświadomiłam sobie, że ta moja słabość jest też potrzebna nam wszystkim. Każdy czegoś się może nauczyć. I okazuje się, że dobrze nam razem, niezależnie od tempa wędrowania, Łatwiej w tej sytuacji przyjąć własne ograniczenia i pogodzić się z nimi.
niedziela, 21 września 2014
Złocista
Kolejna dwustronna. ;)
Trochę inna niż pierwotnie planowałam. Okazało się, że nie umiem ładnie wykonać tą techniką tego, co sobie wymyśliłam. Natomiast od pewnego czasu wchodziła mi w oczy piękna cieniowana nitka, przechodząca od bieli przez zółć i zieleń do pomarańczu. Niestety nie starczyło jej na całość, trzeba było dopasować jednobarwne nici, co może i wyszło na plus. Zrobię jeszcze kiedyś podobną z jednego motka cieniowanych nici, a na razie cieszę się kolorami tej zakładki. Zapowiadajacej złotą jesień. Wspominającej słoneczne lato. Z ogonkiem z poczwórngo warkoczyka.
Trochę inna niż pierwotnie planowałam. Okazało się, że nie umiem ładnie wykonać tą techniką tego, co sobie wymyśliłam. Natomiast od pewnego czasu wchodziła mi w oczy piękna cieniowana nitka, przechodząca od bieli przez zółć i zieleń do pomarańczu. Niestety nie starczyło jej na całość, trzeba było dopasować jednobarwne nici, co może i wyszło na plus. Zrobię jeszcze kiedyś podobną z jednego motka cieniowanych nici, a na razie cieszę się kolorami tej zakładki. Zapowiadajacej złotą jesień. Wspominającej słoneczne lato. Z ogonkiem z poczwórngo warkoczyka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





