Z dużą radością stwierdzamy, że Śr. K. będzie za niecałe trzy miesiące mieszkać w sąsiedztwie urokliwego zaułka....
środa, 30 września 2015
wtorek, 29 września 2015
Zjawiska
Tak szybko.
Ten front robił ogromne wrażenie:
Na dodatek, gdy się spod niego wyjeżdżało, to część miasta oświetlona słońcem świeciła oślepiającą bielą - co najmniej jak Jerozolima (tylko złotej kopuły nie było) albo Kordoba :)
Ten front robił ogromne wrażenie:
Na dodatek, gdy się spod niego wyjeżdżało, to część miasta oświetlona słońcem świeciła oślepiającą bielą - co najmniej jak Jerozolima (tylko złotej kopuły nie było) albo Kordoba :)
Po poniedziałkowym zaćmieniu księżyca stwierdzam, że ludzie dzielą się z grubsza na trzy grupy: tych, którzy specjalnie wstali (albo się nie kładli), aby to zobaczyć, tych, którzy oglądali, bo i tak nie mogli spać i tych, którzy przyjmują do wiadomości, że zaćmienie było. :)
Oglądałam w momencie tuż przed- i kulminacyjnym (nastawiłam sobie budzik!), bo doszłam do wniosku, że następnego zaćmienia mogę nie dożyć :P (2033).
Było warto. Korzystałam tylko z lornetki, ale widok był naprawdę niezwykły, poruszający wyobraźnię.
I nawet ta kiepska fotka ma w sobie coś z tej tajemniczości. (Dlatego ją pokazuję)
Pozwolę sobie jednak za Rumiankiem podać link do przepięknych zdjęć :): O, tutaj. Gorąco zachęcam!
piątek, 25 września 2015
Rower - to niby nic takiego
Jeździć na rowerze uczyłam się dość późno, a pęd do tej nauki opłaciłam solidnymi nerwami i bólem, bo spiesząc do koleżanek, aby pozwoliły mi pojeździć, pierwszy (i ostatni) raz w życiu usiłowałam przebyć ulicę wybiegając zza autobusu... Spotkanie z jadącą taksówką było ponoć naprawdę widowiskowe, ale w sumie nic złego mi się nie stało. Stłuczone kolano i zdarta skóra na brodzie... Zdaje się, że jednak największym szokiem dla rodziny było to, że to ja wybiegłam zza tego autobusu. No cóż, miało się tę opinię osoby rozsądnej...
Rower potem miałam długo, choć nie mogę powiedzieć że byłam wielką entuzjastką wypraw rowerowych, Ot, nie składało się. Ale jak już czasem była wyprawa, to pamiętna, Choćby w dniu, w którym nad Polską wędrowała czernobylska chmura... (to był początek maja i pogoda była cudowna). Albo samotnie po pustych i wąskich drogach, gdzieś w Finistère...
Teraz zaś roweru nie mam, mam zaś pewne rowerowe marzenia, ale cały czas zastanawiam się, czy jak kupię, to naprawdę będę jeździć tyle, żeby to kupno uzasadnić... Reszta rodziny zaś jeździ mniej lub bardziej często.... Niektórzy do pracy :))
I tak oto okrężną nieco drogą dochodzimy do clou tego wpisu. Bo przecież chodzi o znaki, znaki tym razem rowerowe. Wiem, że baaaardzo dawno nic oznakach nie było, ale to nie znaczy, że nie zwracam na nie uwagi. Co więcej, z dumą i wdzięcznością muszę się pochwalić, że już nie tylko ja zbieram, ale i dla mnie zbierają! Jaka to frajda, gdy przychodzi mail z takimi zdjęciami! Dziękuję gorąco :)
Rowery, jak wiadomo używane są powszechnie na świecie i powszechnie chyba istnieje pewne napięcie między tymi-na-rowerach, a tymi-nie-na-rowerach (w autach i poza autami). Zatem koniecznie są informacje, ostrzeżenia i zakazy.
I jak zawsze prowokują do przemyśleń i komentarzy :)
Najpierw sam pojazd:
Czeski.
Taki jakby nieco wydłużony... Intryguje ten mechanizm przy pedałach ;) No i ma pedały :). A jakie ładne siodełko!
No i nie jest to damka...
Za to linie ramy tworzą ładny romb. I jest takie artystyczne wygięcie przy zawieszeniu przedniego koła ;)
Duński.
Niby takie same kreski... A jednak: bardziej zwarty, inny typ kierownicy, siodełka (wygląda na bardzo niewygodne) i... nie ma pedałów!
Oczywiście nie damka. (Ale czemu oczywiście?) No i rombu nie ma..
Jak dla mnie to jest to model dla kogoś, kto ma bardzo długie nogi.
Niemiecki nr 1.
Są nie tylko pedały, ale i lampka z przodu! Bardziej wydłużony niż czeski (chyba). Jeszcze inny typ kierownicy i siodełka. I taki generalnie przyjaźniejszy. Męski. Choć poprawność polityczna kazała uwzględnić panie w górnej części znaku, nie dotarła już do dolnej ;) Ale może tam tylko panie spacerują (z córeczkami), a tylko panowie jeżdżą?
Jak ładnie do tego zaznaczone osie kół :). I rama w kształcie wydłużonego prawie-rombu.
Niemiecki nr 2.
Bez pedałów i bez lampy. Siodełko chyba nadal dość wygodne, typ kierownicy jeszcze inny. Kojarzy mi się z wyścigówką w starym stylu (raz wsiadłam i spadłam, bo nie utrzymałam kierownicy za jej górną część)).
Czworokąt ramy odbiega zdecydowanie od rombu.
Tyle o samych maszynach. A teraz cykliści :).
Niestety w niektórych krajach rowery jeżdżą chyba wyłącznie same :) (albo nie spotkałam innych i nie spotkali ich też dostarczyciele znaków).
Dania.
Niestety trochę skosem, ale widać, że pan jedzie z gracją. Budzi sympatię. Nie wiem tylko, co to jest to ciemne od pedałów do tylnej osi.
Polska.
Zastanawiam się prawdę mówiąc, czy ten ludzik jedzie czy stoi. Jak na polskie znakowe schematyczności jest całkiej fajny.
Polscy cykliści są również uprzejmi. Choć takiego w cylindrze jeszcze chyba nie spotkałam (może kominiarza kiedyś?). Są pedały! Generalnie ten znak sprawia, że muszę się uśmiechnąć :)
:)
Zdjęcia nieostre, bo w ruchu. Niekoniecznie ruchu rowerów na nich.
O innych znakach drogowych we wpisach z etykietą (jakżeby inaczej) "znaki". ;)
Rower potem miałam długo, choć nie mogę powiedzieć że byłam wielką entuzjastką wypraw rowerowych, Ot, nie składało się. Ale jak już czasem była wyprawa, to pamiętna, Choćby w dniu, w którym nad Polską wędrowała czernobylska chmura... (to był początek maja i pogoda była cudowna). Albo samotnie po pustych i wąskich drogach, gdzieś w Finistère...
Teraz zaś roweru nie mam, mam zaś pewne rowerowe marzenia, ale cały czas zastanawiam się, czy jak kupię, to naprawdę będę jeździć tyle, żeby to kupno uzasadnić... Reszta rodziny zaś jeździ mniej lub bardziej często.... Niektórzy do pracy :))
I tak oto okrężną nieco drogą dochodzimy do clou tego wpisu. Bo przecież chodzi o znaki, znaki tym razem rowerowe. Wiem, że baaaardzo dawno nic oznakach nie było, ale to nie znaczy, że nie zwracam na nie uwagi. Co więcej, z dumą i wdzięcznością muszę się pochwalić, że już nie tylko ja zbieram, ale i dla mnie zbierają! Jaka to frajda, gdy przychodzi mail z takimi zdjęciami! Dziękuję gorąco :)
Rowery, jak wiadomo używane są powszechnie na świecie i powszechnie chyba istnieje pewne napięcie między tymi-na-rowerach, a tymi-nie-na-rowerach (w autach i poza autami). Zatem koniecznie są informacje, ostrzeżenia i zakazy.
I jak zawsze prowokują do przemyśleń i komentarzy :)
Najpierw sam pojazd:
Czeski.
Taki jakby nieco wydłużony... Intryguje ten mechanizm przy pedałach ;) No i ma pedały :). A jakie ładne siodełko!
No i nie jest to damka...
Za to linie ramy tworzą ładny romb. I jest takie artystyczne wygięcie przy zawieszeniu przedniego koła ;)
Duński.
Niby takie same kreski... A jednak: bardziej zwarty, inny typ kierownicy, siodełka (wygląda na bardzo niewygodne) i... nie ma pedałów!
Oczywiście nie damka. (Ale czemu oczywiście?) No i rombu nie ma..
Jak dla mnie to jest to model dla kogoś, kto ma bardzo długie nogi.
Niemiecki nr 1.
Są nie tylko pedały, ale i lampka z przodu! Bardziej wydłużony niż czeski (chyba). Jeszcze inny typ kierownicy i siodełka. I taki generalnie przyjaźniejszy. Męski. Choć poprawność polityczna kazała uwzględnić panie w górnej części znaku, nie dotarła już do dolnej ;) Ale może tam tylko panie spacerują (z córeczkami), a tylko panowie jeżdżą?
Jak ładnie do tego zaznaczone osie kół :). I rama w kształcie wydłużonego prawie-rombu.
Niemiecki nr 2.
Bez pedałów i bez lampy. Siodełko chyba nadal dość wygodne, typ kierownicy jeszcze inny. Kojarzy mi się z wyścigówką w starym stylu (raz wsiadłam i spadłam, bo nie utrzymałam kierownicy za jej górną część)).
Czworokąt ramy odbiega zdecydowanie od rombu.
Polski.
Te znamy doskonale. Typ kierownicy przypomina ten ze zdjęcia powyżej Siodełko jednak inne, takie solidne. Co nie zmienia faktu, że trzeba by mieć długie nogi... Tylko jak bez pedałów jechać?
Rama robi na mnie wrażenie nieco zwichrowanej, może dlatego, że to już nie czworokąt ale pięciokąt?
Osie zaznaczone.
Tyle o samych maszynach. A teraz cykliści :).
Niestety w niektórych krajach rowery jeżdżą chyba wyłącznie same :) (albo nie spotkałam innych i nie spotkali ich też dostarczyciele znaków).
Dania.
Niestety trochę skosem, ale widać, że pan jedzie z gracją. Budzi sympatię. Nie wiem tylko, co to jest to ciemne od pedałów do tylnej osi.
Polska.
Zastanawiam się prawdę mówiąc, czy ten ludzik jedzie czy stoi. Jak na polskie znakowe schematyczności jest całkiej fajny.
Polscy cykliści są również uprzejmi. Choć takiego w cylindrze jeszcze chyba nie spotkałam (może kominiarza kiedyś?). Są pedały! Generalnie ten znak sprawia, że muszę się uśmiechnąć :)
Słowacja.
Najpierw wersja sportowa. (Może to nie jest znak ściśle drogowy, ale..)
Jak sport to w dresie.
Ciekawy typ kierownicy. Mam wrażenie, że to taki rower, na którym uprawia się te różne niewiarygodne ewolucje, takie jak jeżdżenie po schodach, po poręczach itp. Może kółka ciut za wielkie do tego, ale położenie siodełka... I pedały są...
Jeżeli zaś chodzi o znaki ściśle drogowe, to Słowacja jak zawsze nie zawodzi i jest wisienką na torcie.
Proszę tylko spojrzeć.
Jaki miły. Jaki młody. W kurteczce. I chyba w kasku? Czy to czapeczka tylko?
I jaki fajny długi rower na małych kółkach. Z jeszcze inną kierownicą, jak mi się wydaje.
I nieco subtelniejsza odmiana wyżej opisanego znaku. Ten chłopiec chyba jedzie pod górkę :) Z pewnym wysiłkiem...
:)
Zdjęcia nieostre, bo w ruchu. Niekoniecznie ruchu rowerów na nich.
O innych znakach drogowych we wpisach z etykietą (jakżeby inaczej) "znaki". ;)
czwartek, 24 września 2015
Rozczochrane, zapisane...
Wspominałam już tu kiedyś o Łagodnej Liście Przebojów. Zaglądam tam głównie po to, by zagłosować jak zawsze na Arete i cudne Wędrujemy.
Dziś z ciekawości, chyba ze względu na nazwę zespołu (Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane - aż widać ten tytuł!), sięgnęłam po jedną z nowości.
I dałam się zauroczyć.
Niby proste i nieskomplikowane, zestaw instrumentów klasyczny, No może nietypowa przewaga dziewczyn w zespole. Ale jest w tym coś, co łapie za serce, zachęca do poszukania i posłuchania kolejnych piosenek.
Tak, posłuchałam i innych, i mam też swoje typy. Ale tu wstawiam to, co spodobało mi się pierwsze.
Odkryć nowy szlak.
Tęsknię do połonin, wędrowania. Do spokoju, a ten nieprędko nadejdzie.
Dziś z ciekawości, chyba ze względu na nazwę zespołu (Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane - aż widać ten tytuł!), sięgnęłam po jedną z nowości.
I dałam się zauroczyć.
Niby proste i nieskomplikowane, zestaw instrumentów klasyczny, No może nietypowa przewaga dziewczyn w zespole. Ale jest w tym coś, co łapie za serce, zachęca do poszukania i posłuchania kolejnych piosenek.
Tak, posłuchałam i innych, i mam też swoje typy. Ale tu wstawiam to, co spodobało mi się pierwsze.
Odkryć nowy szlak.
Tęsknię do połonin, wędrowania. Do spokoju, a ten nieprędko nadejdzie.
poniedziałek, 21 września 2015
Old style
Wielki powrót normalnych krzyżyków?
Zobaczymy na jak długo :). Ale tak, jest powrót.
Prawdę mówiąc najchętniej miałabym cztery ręce i haftowała oba rodzaje zakładek bez ustanku. Gdyby tylko jeszcze z tego dało się żyć, nie robiłabym pewnie nic innego.
Taka wizja raju: siedzę na słoneczku i niespiesznie (albo nawet i spiesznie) haftuję... W tle miła rozmowa, dobra muzyka, film, czy jakieć ciekawe nagrania albo i audiobook.
I wracamy do prozy życia: jak przytoczyć cytat z książki w oryginale, którego to oryginału nie ma w bibliotekach w moim mieście. Nie mówię, że się nie da, ale takie pytania czynią wizję opisaną wyżej jeszcze bardziej kuszącą. Swoją drogą, błogosławię biblioteczne katalogi on-line... Co nie zmienia faktu, że po jedną linijkę jednak nie będę odbywać kilkusetkilometrowej podróży...
Ale miało być o zakładce.
Geometrycznie i radośnie wczesnojesienna. Przywołująca przed oczy obraz dwóch Miłych Pań, które lubią kolor pomarańczowy (i pochodzą z tego samego miasta, genius loci jak nic), choć wcale nie od oranżów zaczynałam. Na obrazku nie da się zobaczyć bogactwa odcieni zielonożółtych. Ale ono tam jest. Równie radosne jak za oknem.
Zaczęłam jak często, od środka, Od tych uroczych kwadracików. :)
A potem - jak zwykle - zakładka zaczęła trochę żyć własnym życiem. No i zrobiła się taka, jak widać niżej. Różnych rzeczy można się tu dopatrzeć, albo po prostu uznać, że to abstrakcja, zabawa kolorami.
Ale może być i rakieta, i witraż...
Zobaczymy na jak długo :). Ale tak, jest powrót.
Prawdę mówiąc najchętniej miałabym cztery ręce i haftowała oba rodzaje zakładek bez ustanku. Gdyby tylko jeszcze z tego dało się żyć, nie robiłabym pewnie nic innego.
Taka wizja raju: siedzę na słoneczku i niespiesznie (albo nawet i spiesznie) haftuję... W tle miła rozmowa, dobra muzyka, film, czy jakieć ciekawe nagrania albo i audiobook.
I wracamy do prozy życia: jak przytoczyć cytat z książki w oryginale, którego to oryginału nie ma w bibliotekach w moim mieście. Nie mówię, że się nie da, ale takie pytania czynią wizję opisaną wyżej jeszcze bardziej kuszącą. Swoją drogą, błogosławię biblioteczne katalogi on-line... Co nie zmienia faktu, że po jedną linijkę jednak nie będę odbywać kilkusetkilometrowej podróży...
Ale miało być o zakładce.
Geometrycznie i radośnie wczesnojesienna. Przywołująca przed oczy obraz dwóch Miłych Pań, które lubią kolor pomarańczowy (i pochodzą z tego samego miasta, genius loci jak nic), choć wcale nie od oranżów zaczynałam. Na obrazku nie da się zobaczyć bogactwa odcieni zielonożółtych. Ale ono tam jest. Równie radosne jak za oknem.
Zaczęłam jak często, od środka, Od tych uroczych kwadracików. :)
A potem - jak zwykle - zakładka zaczęła trochę żyć własnym życiem. No i zrobiła się taka, jak widać niżej. Różnych rzeczy można się tu dopatrzeć, albo po prostu uznać, że to abstrakcja, zabawa kolorami.
Ale może być i rakieta, i witraż...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















