Mam w sobie sporo ze zbieraczki. Dokładnie mówiąc, są takie rzeczy, których zbieranie wciąga tak, że mogę stracić poczucie czasu. I nie jest to tylko kwestia czegoś, co mogę zyskać. Wsiąkłam tak ostatnio w usuwanie rozplenionych rozchodników na kamieniach.
Jednak we wpisie nie chodzi o chwasty, tylko radość, jaką sprawiło mi niedawno morze. Otóż pierwszy raz rzucało mi pod nogi okruchy bursztynów i to w miejscu, w którym chyba nigdy bursztynków nie spotkałam - zazwyczaj zbiera się je na Wyspie Sobieszewskiej i dalej na Mierzei Wiślanej. Ale w Jelitkowie?!?
A tymczasem w słoneczne popołudnie...
Idę i coś błyszczy. Wracam - kolejny. I tak kilka razy chodziłam w tę i wewtę podnosząc kolejne drobiny.
Drobiny. Jedyna wartość to ta radość, że podpływają pod nogi. Muszę zatem pojechać na Mierzeję...
(A tak w ogóle, to bursztynów mam sporo. I korale, które robił dla mnie mój Tato. Takie najpiękniejsze, nieszlifowane).










