środa, 20 stycznia 2021

W bratki po raz pierwszy

 Ostatnie tygodnie oprócz ciężkiej pracy i tysiąca mniej i bardziej ważnych drobiazgów wypełnia mi mozolne i radosne porządkowanie i urządzanie mojego nowego gabinetu-pracowni. Przede mną (przed nami) malowanie - wreszcie, a za mną już wyrzucone tony niepotrzebnych papierów i uporządkowanie wszystkiego poza jedną szafką nad półkami zostawioną Kamzikowi. (Choc nie wiem czy kiedyś nie zapakuję całej jej zawartości do jednego kartonu...).

Jest uroczo, będzie jeszcze bardziej. Naprawdę to zabawne w sumie, że tak się cieszę z tego "kąta", ale... ja nigdy w życiu nie miałam swojego pokoju... A w ostatnich latach taki brak swojego miejsca jakoś zaczął mi doskwierać.

Ale do rzeczy - czyli do bratków.

W czeluściach szafy znalazło się drewniane pudełeczko z wysuwaną pokrywką - po niewielkich drewnianych klockach. Klocki u nas wszystkie są w jednym miejscu, nie pamiętam już, co w sumie po klockach w tym pudełeczku było. O ile było.

Takie ładne, drewniane, przypominające mi mój pierwszy piórnik... Bo jak szłam do szkoły piórniki były drewniane, podłużne (dłuższe i wyższe niż to pudełko), z wysuwaną pokrywką, zaokrągloną z jednej strony. Były też takie, w których pokrywka składała się z drobnych deseczek na taśmie i jak się ją przesuwało, to się chowała - ale takiego nie miałam. W sumie to zaczęłam się zastanawiać, czy ja jedanak nie miałam piórnika-skrzyneczki... (Plastuś w takim mieszkał).

Takie drewniane piórniczkowate pudełeczko... z rysunkiem klocków na pokrywce... przecież nie wyrzucę...

Najpierw pomalowałam na biało....

Potem weszła mi w ręce urocza serwetka pełna bratków... świetna na pokrywkę...

  

Boki i dno ostatecznie zrobiły się szare - z wymieszania farby brązowej z białą... "Przetarcia" to nie przetarcia tylko gąbeczka...


 
Na dnie serduszko. Hm, już nie pamiętam czy tam była jakaś nieusuwalna plamka, czy to ot tak, tylko dla ozdoby.
 

Jak "piórniczkowate", to najpierw zamieszkały w nim mniej używane markery, szczególnie biały, złoty, srebrny...


 Potem jednak koncepcja się zmieniła i pudełeczko zamieszkało w komódce z tzw. szyciem. Jest fantastycznym schowkiem na szydełka i krótkie druty. Wszystkie w jednym, bezpiecznym miejscu ;).

Ciekawa jestem, czy ktoś z Was używał takiego (albo podobnego) piórnika w szkole? Bo oczywiście na fali "eko" teraz też można podobne kupić ;).

Po takich drewnianych szczytem mody były enerdowskie zapinane na zamek z zestawem mazaków... A w klasie maturalnej i przez całe studia oraz początek pracy moim "piórnikiem" była skórzana pochewka z Cepelii, mieszcząca pióro, długopis albo i dwa, i ołówek. Jest nieco sfatygowana i starł się w znacznej części lakier, ale ogromnie ją lubię - to już historia!). Wciąż używam, choć była przerwa...

 






piątek, 15 stycznia 2021

Jeszcze nie spotkałam

Nasze miasto zmaga się z plagą dzików łażących gdzie im się podoba, niszczących trawniki i straszących ludzi.
Moja córka  już spotkała dwa razy dziki grzecznie przechodzące przez ulicę na przejściu dla pieszych. Zdarzyło jej się też wycofywać z parkowej alejki. W internecie co rusz pojawiają się zdjęcia tych zwierzaków w rozmaitych punktach miasta. No, chyba tylko na Stare Miasto jeszcze nie dotarły.... Nam spotkanie twarzą w pysk jeszcze się nie zdarzyło (i dobrze pewnie), choć z zaskoczeniem oglądałam kiedyś rozryty trawnik pod sąsiednią klatką i dzicze chaszcze  z mokradełkiem w parku na sąsiednim osiedlu. Służby miejskie wydają się bezradne, choć niby należy im zgłaszać.... Jeszcze trochę i dziki będą wymuszać jedzenie jak wiewiórki w Parku Łazienkowskim...

Ale na razie okazuje się, że można ich obecność wykorzystać do reklamy. Bike-Café w pobliskim parku (nie tym od mokradełka - właśnie sobie z radością uświadomiłam, ile to ja mam parków w okolicy, takich porządnych), bardzo przydatna w chłodne i mroźne dni, reklamuje się tak:


 Wolałabym chyba jednak nie spotkać w tym miejscu dzika... Choć taki dzik... trochę kusi... żeby mu foto cyknąć...

Czekoladę mają niezłą, kawy jeszcze nie próbowałam :)


A teraz za oknem pada śnieg....

 

 



wtorek, 12 stycznia 2021

Pomoc powodzianom

 Tak wyglądało miasto Cadiz na północy wyspy Negros. W piątek czy sobotę.

 

 
Dołączam mapkę, aby dało się to umiejscowić ;). Góry zaznaczone na niej szarym kolorem są wysokie, (1600-1800 m npm), spływające z nich rzeki po obfitych deszczach wartkie i groźne. Widzieliśmy jak bardzo taka rzeka potrafi wezbrać po jednym dniu ulewnego deszczu (i unieruchomić całe wielkie miasto), a tutaj opady były o wiele większe.  

 

Powódź objęła nie tylko Cadiz, również Silay, Magalonę... Tam mieszkają ludzie, których znamy, w Cadiz spędziliśmy w ubiegłych roku dwa piękne dni.
Informację o powodzi i ogromnych liczbach ewakuowanych (wówczas ponad 200 osób w okolicy tej rzeki po lewej od czerwonego znaczka na mapie wyżej) wyłapałam na Facebooku. Zdjęcia z ewakuacji, dzieci w kościele...  Znajoma zapytana wprost czy potrzebne jest wsparcie finansowe potwierdziła. To charakterystyczne dla Filipińczyków - nie skarżą się, sami biorą się do roboty, bardzo intensywnie i z wielkim oddaniem. Lokalne zbiórki w innych miejscowościach pojawiły się w sobotę - jedzenie, koce, ubrania (używane!), pieniądze. Inna znajoma (pani 70+) dopiero na moje pytanie odpisała, że ich zalało, wszędzie było błoto, nocowała z siostrami poza domem, cały dobytek na stołach i łóżkach...



Woda po powodzi zawsze kiedyś opada. Pozostawia zwały błota, zniszczone domy, podwórka, ulice, zdegradowany dobytek, zmarnowane zapasy jedzenia, często uśmiercone hodowane zwierzaki.
Pomoc powodzianom to nie tylko zapewnienie jedzenia czy schronienia na czas bezpośredniego zagrożenia. Pomoc powodzianom to pomoc w odbudowaniu życia. Czasem zdobycie wszystkiego na nowo, łącznie z postawieniem domu.
 
  
 
 
 
 
 
 
_Pomagamy_pomagać_ - zbieramy środki do końca tygodnia, potem zostaną przesłane do St. Andre Bessette Mission Station w Cadiz City, Negros Occidental.
 
Wpłaty (można te darowizny odliczyć przy rozliczeniach podatkowych)
Stowarzyszenie Diakonia Ruchu Światło-Życie
40 1240 1574 1111 0010 9064 7764
Koniecznie z dopiskiem cele statutowe-Negros.




sobota, 9 stycznia 2021

Nakrapiany komplet i anioł w kolorze

Któregoś dnia kupiłam w osiedlowym sklepie nieco większe skrzyneczki. Właściwie to jedną kupiłam najpierw gdzie indziej i potem chciałam mieć takie same do kompletu. Okazało się, że kupowane na pamięć różnią się szczegółami i ostatecznie nie ma kompletu, każda została ozdobiona inaczej i poszło w inne ręce (jedno w moje własne :D).

Pudełko w kropki miało być w założeniu nieco inne. Zaczęło się od tego, że ozdabiałam w ramach upominków imieninowych, urodzinowych i świątecznych małe skrzyneczki dla czterech pań (i żadnej skrzyneczki nie sfotografowałam - okropne!). Jedną z nich malowałam częściowo turkusową farbą, która w połączeniu z drewnem  wyglądała przepięknie, i do której miałam w wyobraźni dopasowaną już na tę skrzynkę piękną zielonoturkusową serwetkę w różne złote wygibasy. Niestety (stety?) skrzynka po doszlifowaniu została najpierw pomalowana na biało. Osobiście przeze mnie :). Turkusowa farba na białym podkładzie wyszła bardzo niebieska i planowana serwetka po prostu przestała do niej pasować. Na szczęście okazało się, że mam zapas "zachlapanych" serwetek i tak w końcu powstała wesoła skrzyneczka, którą z ogromną radością przygarnęła  (i używa) moja Szwagierka.



Patrzę teraz na tę skrzynkę na zdjęciach i stwierdzam, że nie sposób się nie uśmiechnąć. W tych "chlapach" jest coś szalenie pozytywnego.
A kiedyś zrobię taką skrzynkę (niekoniecznie w ten wzór), w której te wgłębienia na ścianach będą w innym kolorze :).

Skrzynka był prezentem bez okazji, a na Święta dołączył do niej mały słoiczek z czymś słodkim wewnątrz. Na zdjęciach bez zawartości. Te niewielkie słoiczki z falującymi bokami są szalenie sympatyczne. Nawet nie wiem po jakiej to kawie (nie używam zasadniczo rozpuszczalnej, a z taką kojarzą mi się słoiczki).


 


Tyle z moich decoupage'y na dziś.

Od kilku dni towarzyszy mi w pracy szczególny anioł, przypięty nad sofką w moim "nowym" pokoju-gabinecie. Anioła narysowała (oczywiście!) Iza i zamieściła na blogu w wersji black-and-white, mistrzowsko naszkicowanego czarną kreską. Wydrukowałam, wygrzebałam niezwykłe kredki bez drewienek, które kiedyś dostałam od dzieci (brudzą i trzeba uważać, by ich nie rozmazać i nie upaprać pyłem wszystkiego dookoła, ale mają cudne kolory, niezwykłe) i oto jest mój prywatny, ale nieprywatny anioł od Izy.

 


Przyznam uczciwie, że najpierw próbowałam pokolorować mazakami, ale to nie było to. Kredki dodały mu zdecydowanie anielskości :). A jak już pomalujemy ściany, będzie pasował wręcz idealnie.

Do miłego :)



czwartek, 7 stycznia 2021

Jeszcze z października ;)

 Tak na szybko.

 Zakładka z początku października.
Lubię kombinować z kolorami obrzeżenia. :)

 

Pozdrawiam serdecznie :) .