sobota, 29 września 2018

Też trochę morsko

Zawieszka w podobnym kolorycie jak morska zakładka. W sumie to powstała wcześniej niż ta ostatnio pokazana zakładka...

Jest nieduża, obie strony w tej samej toncji i każda z nich z zachowaną (niemal do końca) symetrią. Ale jednak z każdej strony inaczej. Ot takie niewielkie coś do zawieszenia przy torebce czy kluczach albo przy suwaku.


Dobrej niedzieli :)

czwartek, 27 września 2018

Skomplikowana

W sumie kolejna taka zakładka. Skomplikowana przeplatanka linii i kolorów. Bez określonego z góry planu czy projektu, rodząca się w miarę postępu pracy. Określona była jedynie gama kolorystyczna. Zielenie i niebieskości kojarzą się oczywiście z morzem czy jeziorem. Bardzo, bardzo długo powstawała, bo zabrakło mi jednego z odcieni niebieskiego i nie miałam możliwości dokupienia. Zakładka pojechała już na koniec świata i mam nadzieję, że będzie dobrze służyć.
 

No i można już potęsknić za wakacjami :)

wtorek, 25 września 2018

Jest czy nie ma?

Lubię nieoczywistości, coś co zaskakuje...
Taka kopuła na przykład.
Na pewno tam jest?






Tym razem bez zagadek - to w Gnieźnie. Przy okazji XI Zjazdu Gnieźnieńskiego (b. ciekawe doświadczenie swoją drogą).


Aha, a facet z instrumentem stoi w Gdańsku....

sobota, 22 września 2018

I taka

Nie mylić z Itaką :)

W sumie one wszystkie niby podobne, a jednak niepodobne jedna do drugiej. Mozolnie wznoszona krzyżykowa budowla, symetryczna a jednak bez ładu i składu. Na upartego to i tu można się dopatrzeć różnych dziwolągów, ale to nie one miały być pokazane. Chodziło po prostu o coś niekonkretnego, ciekawego kolorystycznie. I już :)


Niech ogrzeje jesienny szok termiczny :D

poniedziałek, 17 września 2018

Dokąd?

Życie niesie czasem niespodzianki, nawet na najlepiej oznakowanej drodze....






....


Trzeba więc umieć patrzeć z odpowiedniej perspektywy....

sobota, 15 września 2018

Dla odmiany

Dla odmiany będzie zawieszka.

Tzn. odmiana po zakładkach, bo wzór podobny jak ostatnio - piegi, kropki, kolorowy mak... Dobrze, że zbierać ani rozdzielać na kolory nie trzeba...
Choć... przypomina mi się jak kiedyś mój Tato cierpliwie porozdzielał na kolory stos malutkich koralików - takich co to nie na każdą igłę dadzą się nawlec - a kolorów było co najmniej dziesięć...

W każdym razie zawieszkę pokazuję i uświadamiam sobie, że już zupełnie nie pamiętam dokąd powędrowała.


Zasadniczo te kropki są jednak bardziej uporządkowane niż poprzednio, nawet jakieś kwiatki da się wypatrzeć :) ...

Niemniej ciągle u mnie króluje abstrakcja...

czwartek, 13 września 2018

Ze złotą nitką

Dostałam kiedyś w ramach prezentu za zakupy w pasmanterii online złotą nitkę. Cieniutką, delikatną... Ponieważ nie zanosiło się i nadal nie zanosi, abym haftowała stuły czy ornaty  - z tym kojarzą mi się złote nici - leżała sobie spokojnie w kąciku.  W końcu jednak postanowiłam coś z nią zrobić, zobaczyć co wyjdzie....

Zakładka jest w sumie zwyczajna, stanowi uporządkowaną plątaninę kolorów, bo takie mi ostatnio wychodzą. W niektórych miejscach do koloru zasadniczego dodana jest złota nitka i pojawia sie delikatne migotanie. Czego na zdjeciu oczywiście nie widać  - tu już musicie uwierzyć mi na słowo.
Myślę, że jeszcze tę złotą nitkę wykorzystam :)


Pozdrowienia!

wtorek, 11 września 2018

W sam raz do Biblii

Niewiele zrobiłam zakładek i zawieszek przez miesiące wakacyjne. Były inne absorbujace zajęcia. Na dodatek jedna, zaczęta przed wakacjami, jest ciągle nieskończona, bo na wyjeździe zabrakło mi pewnego odcienia nici i... nie dało się dokupić.

Dziś pokażę małą zakładkę, która sprawiła wiele radości nie tylko mnie, ale i sporej liczbie osób usiłujących przeczytać napis. Na zdjęciu jest on oczywisty, ale w tzw. realu można mieć z tym kłopoty. Ileż frajdy miałam z okrzyków "Ach, widzę!" Zakładka powędrowała w dobre ręce niemal natychmiast po skończeniu, dobrze, że zdążyłam zrobić zdjęcie :D

Szkoda, że nie do końca widać kolory i odcienie - ale już na poprawki fotki czasu nie było...



sobota, 8 września 2018

Raj?

Oglądając rozległe sińce w okolicy łokcia (a mam sińce nie tylko tam, te na kolanie są rozleglejsze i bardziej malownicze nawet) zastanawiałam się dziś, czy na pewno nazwa jest adekwatna. :)
Słowacki Raj to niewielki krasowy płaskowyż, niedaleko Popradu, poprzecinany urokliwymi wąwozami i przełomem rzeki Hornad, przez który wytyczono wiele niesztampowych dróg. Dotarlismy tam w tym roku pierwszy raz i w sumie poświęciliśmy na niego dwa wypoczynkowe dni, co pozwoliło zaledwie liznąć atrakcji, ale i sprecyzować pewne refleksje.

Wąwozy są _rewelacyjne_. Dostarczają (te drabinki!!) niewątpliwie znacznego przypływu adrenaliny. I w sumie nie wiem co jest trudniejsze (również, a może głównie mentalnie): czy metalowa drabinka pnąca się do góry niemal pionowo wzdłuż wodospadu - w sumie najgorsza była ta mniej pionowa... - czy drewniane poziome drabinkowe mostki, które są mokre i... nie ma się czego złapać. W każdym razie doszłam do wniosku, że parę skała, nawet mokra, plus łańcuch zaczynam odbierać jako coś normalnego :D.

Mam mocne postanowienie wrócić do tych wąwozów! (I oby kolejne wędrówki przebiegały bez przetaczajacych sie gdzieś na niebie pomruków burzy i inwokacji "Panie Jezu zabierz te kręgle").





Natomiast _bardzo_ zawiodło mnie to, co reklamowane jest jako największa atrakcja Słowackiego Raju, czyli przejście wzdłuż przełomu Hornadu. Jakoś po reklamach i zdjęciach wyobrażałam sobie ciąg platform umieszczonych w skalnej ścianie nad błękitną wodą. Platformy - owszem były świetne - na naszym odcinku w trzech seriach i jedna seria, pod przewieszoną skałą, rzeczywiście była nieco straszna (bo trzeba było mocno się pochylić). Ale poza tym był to błotnisty szlak w niezbyt pięknym terenie (kojarzył nam się z brudnym podmiejskim laskiem), trochę mokrych i śliskich skał z łańcuchami, od czasu do czasy drabinkowy mostek... i.... brudy w wodzie. Szliśmy z prądem rzeki i pewnie dlatego rzucały nam się w oczy wszystkie płynące nią plastiki, butelki etc. Napięcie non stop, bo szlak miejscami nie tylko śliski ale i bardzo wąski i trzeba uważać, aby nie znaleźć się te kilka (kilkanaście może czasem) metrów niżej w wodzie z tymi wszystkimi plastikami. Być może kolejne odcinki przełomu Hornadu są ciekawsze - ale.. nie mam ochoty sprawdzać.

Na zdjęciu niżej widać  jak się idzie po platformach - w sumie duży był ruch, ci państwo, którzy są kątem na zdjeciu szli równie wolno jak my i też chyba nie byli nastawieni na wyczynowe przejście szlaku ;)



Niżej wiszący most, bardzo efektowny (wejście dla maks. 5 osob naraz)


I widok na rzekę z innego mostu :) Widać, że jest po deszczach i woda zamulona...


Za drugim razem celem naszej wędrówki było Klasztorisko - miejsce umacniane od czasow prehistorycznych chyba, a w średniowieczu powstał tu klasztor kartuzów i ruiny tego klasztoru można oglądać.
 

A skąd sińce? Bo przecież drabinki i mostki nie rzucają się na człowieka... Otóż daliśmy się skusić na zjazd rowerem górskim jedną z tras. Nigdy więcej :D Jakoś w swej naiwności uznałam, że skoro tak lubię korzystać z rowerów w Dol. Chochołowskiej... to czemu nie tu i nogi mi odpoczną...
To było szaleństwo :D Ale wywróciłam się tylko raz! (A MN wcale, choć jechał z ciężkim plecakiem). Zatem rowery w Slowackim Raju tylko dla zaprawionych w boju :D.

Wstęp do parku kosztuje 1,5 euro i są to bardzo dobrze wydane pieniądze :)

 Tylko... zastanawiałam się dziś, czy w raju tez tyle tych drabinek będzie ... :D

czwartek, 6 września 2018

wtorek, 4 września 2018

Taka zagwozdka

Siedzimy nad jeziorem. Górskim. W ramach ambitnej trasy ale już za punktem kulminacyjnym. Troszkę wieje... po prostu cudownie.
Chłonę widoki i nagle jedna wysepka" przykuwa wzrok.

 Co tam jest?
Aparat pomaga...

  


Mewa????? No, bądźmy poważni. To nie może być mewa.
No i się nie rusza.

Wykorzystuję zoom w aparacie chyba do granic możliwości.

 

To najprawdopodobniej tylko i wyłącznie kamień. Szkoda, że nie dało się sprawdzić czy to na pewno natura, czy jednak jakiś dowcipny turysta coś namalował :D .