Tytuł oczywiście ukradziony Virginii Wolf, ale dobrze obrazuje nasz wczorajszy spacer. Bo celem rzeczywiście była jedna z latarni morskich przy wejściu do gdańskiego portu. O, ta :).
Ale tą, która jest mi jakoś bliższa jest czerwona latarnia stojąca na ostrodze wychodzącej od Westerplatte. Bliższa, bo to ją właśnie widać w zasadzie z całej trójmiejskiej zatoki. Kiedyś, dawno, była pomalowana w białe i czerwone pasy. Teraz od długiego czasu jest jest czerwona.
I jeszcze zdjęcie podobne, ale sprawiające, że od wczoraj zastanawiam się czy to naprawdę Hel, czy jednak fatamorgana. Wspominajac miraże oglądane w równie słoneczny dzień nad Morzem Północnym i analizując układ przestrzenny skłaniam się ku temu drugiemu. Fascynujące.
Kończąc ten wpis w niedzielny późny wieczór myślę o świetle, które świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnia.
Latarnie morskie już raczej są obiektami z dawnej epoki, statki morskie korzystają z bardziej zaawansowanych wskaźników niż migające światło. A jednak tyle w nich poezji...







