poniedziałek, 26 czerwca 2017

Podobno są wakacje

Miejska namiastka wakacji (bo zanim zaczną sie te prawdziwe jeszcze sporo do zrobienia).
Po wyprawie (małej wyprawie) na rowerze na leśny cmentarz fotel na balkonie wśród kwiatów i drzewek, woda z cytryną, laptop z filmem i igła z nitką. Cudownie - dopóki nie zrealizowała się prognoza pogody przewidująca, że spadnie deszcz :D.


Ta zawieszka jest z końca maja, ale doskonale pasuje kolorystycznie do bukietu groszków stojących na stole :) I suszącej się lawendy.

Lato.

niedziela, 25 czerwca 2017

Maxim czyli Maksio

Nowy etap.
Nowa epoka.
No prawie :)
Choć zobaczymy co z tego wyniknie.

Mianowicie: kupiłam sobie rower. [fanfary]

To mój drugi rower w życiu, choć Średnia Kamzikówna tłumaczyła mężowi "Moja Mama nigdy jak pamiętam nie miala swojego roweru".
To nie do końca tak, choć moja rowerowa historia ma nawet momenty dramatyczne. Mianowicie z nieznanych mi powodów Rodzice nauczyli mnie wielu pożytecznych rzeczy, ale nie jazdy na rowerze. Gdy jeszcze byłam jedynaczką, a nawet gdy już nią nie byłam, nie jeździliśmy na rowerach, tylko wędrowaliśmy po świecie pieszo (podjeżdżając czasem autobusem, czy pociągiem, a w góry to nawet czasem częściowo samolotem, póki koszt nie zrobil się za wysoki), a od pewnego momentu i Fiatem 125 p. Ale nie rowerem.
W związku z tym nawet jako prawie podlotek nie umiałam jeździć na rowerze! (Pamiętam z dzieciństwa dwukrotne jazdy na trzykołowcu, musiało to być więc spore przeżycie). Jazdy na rowerze uczyłam się pod koniec szkoły podstawowej na rowerach koleżanek. Miłość do tego środka komunikacji sprawiła, że raz jeden w życiu wybiegłam zza stojącego na przystanku autobusu z zamiarem dołączenia do znajomych i wykonałam efektowny (ponoć) lot nad jadącą po drugiej stronie jezdni taksówką... (Wyobrażacie sobie szok rodziców, gdy mnie poobijaną i z zakrwawioną brodą przyprowadzili koledzy: ja, grzeczne dziecko, wzór odpowiedzialności, poruszająca się po okolicznych ulicach samodzielnie od szóstego roku życia,  wybiegłam zza autobusu...!).
Pamiętam jeszcze jak wyłożyłam się na kolarzówce kolegi - chciałam tak elegancko trzymać kierownicę na środku, a nie za końcówki "baranich rogów"...

No i jakoś krótko potem dostałam od Wujostwa rower, czerwoną dwuletnią damkę o wdziecznej nazwie Gazela. Jeździłam, jak najbardziej, choć nie za często. Nie miała przerzutek, zatem jazda była zazwyczaj połączona z odkrywaniem niedostrzegalnych wcześniej górek i pagórków... Ale jakieś tam wycieczki mam za sobą (m. in. tę gdy nad nami przemieszczała się chmura z Czarnobyla :] ). Kiedy wyszłam za mąż, wiekowy już nieco bardziej rower przeprowadził się wraz ze mną albo niedługo po mnie i z czasem zaczął z niego regularnie korzystać mój mąż (zawsze kółka większe niż w jego składaku). Przerzutek nie było nadal.... I tak w końcu Gazela dokonała żywota. Dosłownie - któregoś dnia mąż pojechał do pracy na rowerze, a wracając oddał go na złom...
Kupiliśmy dla niego oczywiście kolejny rower, po drodze w rowery bogate były nasze dzieci, a ja jakoś ciągle nic... Zdarzały nam się owszem jakieś wspólne wycieczki, ale wtedy musiałam pożyczać pojazd... albo korzystaliśmy z nieobecności którejś latorośli.

Ale zaczęłam dojrzewać do roweru (ja, żona człowieka, który prawie cały rok jeżdzi na rowerze do pracy, poza dnami z ulewnym deszczem i śniegiem) .

Od pewnego czasu marzył mi się rower miejski. Taki, na którym można jechać mając wyprostowane plecy. I nawet w spódniczce :). No i wreszcie, wreszcie jest. [fanfary]


Prawie taki jak na zdjęciu (wziętym  stąd), minimalne różnice w kolorystyce. Miejski, ale z porządnymi przerzutkami i wyposażeniem, nadający się do przejażdżki za miasto. Z dużymi kołami. Już przetestowany na pierwszej dłuższej jeździe. (Ha, dlaczego ta Gazela nie miała przerzutek? Nie było?)

Śmiesznie trochę pisać tak wiele o rowerze, w końcu to dość prozaiczne urządzenie - ale nie sądziłam, że przejadżka sprawi mi taką frajdę. Zaczynam zupełnie inaczej myśleć o różnych sprawach, które będę załatwiać... Widzę, że muszę sobie kupić porządny koszyk :). A gdyby jeszcze tak ten Maksio sam wychodził z piwnicy... :D

piątek, 23 czerwca 2017

Ogień

Wszyscy przeważnie cieszą się z początku wakacji, na ulicach biało-granatowe tłumy, w kościołach jeszcze planowane procesje z racji dzisiejszej uroczystości, a dla mnie ten dzień ma dość trudny wymiar, bo uczestniczyliśmy w pogrzebie młodego, tragicznie zmarłego człowieka. Pogrzeb jako swoiste domknięcie bólu i pytań, na które po ludzku nie ma odpowiedzi. Dobrze być w tym czasie razem, we wspólnocie. Ból w sercu nie skończy się w ten sposób, ale razem łatwiej. Zawsze łatwiej.

Ogień może mieć wymiar tragiczny, ale też ogrzewa i oczyszcza, wypala to co niepotrzebne...


 ~~~~

I właśnie mi się przypomniało, że w lipcu mamy dwa śluby, a na śluby robiłam kiedyś zawieszki... i przynajmniej na jeden warto by... Ajajaj...

Dobrych wakacji :)

środa, 21 czerwca 2017

Kolorowa i portowa

W podobnym stylu, co poprzednio.
Tu są wyraźnie te stosy kontenerów stojących w porcie i czekających na transport :)
Serio. Ustawione jeden na drugim, widziane od strony najwęższego boku....
Już nawet nie pamiętam do kogo powędrowała ta zawieszka...
Ale była (jest) optymistyczna bardzo.
  

To tak na przekór smutkowi i pytaniom, które niesiemy w tym tygodniu ze znajomymi i przyjaciółmi.
Próbowałam o tym coś napisać, ale dochodzę do wniosku, że nie potrafię. Może kiedyś.

czwartek, 15 czerwca 2017

I wreszcie

No i wreszcie udało mi robić (i sfotografować) zakładkę.
Dziś poszła w ręce dawno niewidzianej Cioci. :D


Zakładka z tych dwustronnych, czyli obie strony są takie same. Symetria zachowana - poza obrzeżeniem. Dużo radości daje zrobienie takiej zakładki - i oczywiście możliwość jej przekazania w dobre ręce. :)

 ~~
Przy okazji dzisiejszej uroczystości chciałabym niesmiało przekazać Wam prośbę mojego znajomego z Pakistanu. Przy pomocy strony fundraisingowej zaczyna zbierać pieniądze na czystą wodę dla dzieci. Być może ktoś z Was ma możliwość przekazania nawet niewielkiej kwoty.
TUTAJ JEST LINK DO TEJ STRONY

O samej Joy Foundation można poczytać pod TYM linkiem

W imieniu Yaqooba dziękuję serdecznie.

Zostawiam Was z wizją nieba...






poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nakrapiana w zieleni

Na razie wisi przy mojej torebce - ciekawe jak długo.
Delikatna, z dominującą nutą lekko morskiej zieleni. Pracowicie haftowane kropki-krzyżyki nie składają sie na żaden konkretny wzór, a jednak można się tu dopatrzeć różności. Na przykład stosu składowanych w porcie kontenerów :)




I niech to pachnące piwoniami lato trwa jak najdłużej...

środa, 7 czerwca 2017

Zwiększam zapasy

Komplet powoli rośnie.
Chyba już pisałam, że się trochę rozszedł i nadrabiam, żeby mieć na wakacje.
Systemem linii montażowej (niemal) nadrabiam :D, co stanowiłoby doskonałą ilustrację do podręcznika zarządzania...



Tak patrzę z bliska na te zawieszki i stwierdzam, że te właśnie już chyba poszły w świat. Tę dolną zaliczam do najładniejszych przeze mnie wykonanych.

~


Lato (pogodowe, nie kalendarzowe) niesie niespodziewane przygody. Wczoraj wychodziłyśmy z córkami z zumby (ze szkoły, w której odbywają się zajęcia)  brodząc powyżej kostek (tak lekko ze 30 cm wody było albo i więcej) w deszczowej wodzie, której ciągle przybywało... A potem okazało się, że ulica jest nieprzejezdna. Na szczęście umiemy mysleć (i kombinować) i do domu wróciłyśmy bezpiecznie, choć w kompletnie przemoczonych butach. :) Niemniej... nie chciałabym być dyrektorem szkoły, do której podczas ulewnego deszczu woda wlewa się rzeką, nawet przez zamknięte drzwi. Nie chciałabym też być właścicielem samochodu, który jest grzecznie zaparkowany we właściwym miejscu, a podczas deszczu okazuje się, że stoi do połowy (po pas) w wodzie.... I tak, wiem, że kanalizacja burzowa nie jest w stanie odebrać pewnych ilości wody i to jest normalne, ale chyba jednak nie powinny tworzyć się aż tak głębokie tereny zalewowe...

Mam nadzieję, że wszelkie burze przetrwaliście bezpiecznie :)


niedziela, 4 czerwca 2017

W oranżach

Siatka pomarańczy.
Albo moich bratków, które wylewają się ze skrzynek powodzią płomieni (w sam raz na dzisiejszą Uroczystość).



W takiej obfitosci bratki mi nigdy nie kwitły. A jeszcze o tego były to maleńkie krzaczuszki kupione w Obi...

Wszędzie dziś ten kolor. :)
Przypomnienie o płomieniu Ducha?

A tu jeszcze tajemnicze tło :).


Zawieszka jest wstepnie zarezerwowana i teraz czekam na zgłoszenie się Właścicielki - o ile nadal Jej odpowiada..

PS. Wstawiłam drugą fotkę maleństwa w poprzednim wpisie, żebyście mnie nie posądzały o maniulacje obrazem :P

czwartek, 1 czerwca 2017

Maleństwo do...

Takie coś mini-mini z resztki kanwy.
W sam raz do pendrive'a, aby się nie zgubił (albo łatwiej znalazł). Kiedy zabieram pendrive'a do torebki, wkładam go do kieszonki a doczepioną zawieszkę wywieszam na zewnątrz kieszonki.
Jeśli ta wizja do kogoś przemawia, zapraszam do kontaktu na maila :) .


A w tle plastikowa kanwa - czasem ktoś pyta na czym haftuję te wszystkie zakładki i zawieszki. Ano na tym :)

No i jeszcze najlepsze życzenia dla wszystkich, którzy czują się dziećmi :)

I drugie foto: