poniedziałek, 26 czerwca 2017

Podobno są wakacje

Miejska namiastka wakacji (bo zanim zaczną sie te prawdziwe jeszcze sporo do zrobienia).
Po wyprawie (małej wyprawie) na rowerze na leśny cmentarz fotel na balkonie wśród kwiatów i drzewek, woda z cytryną, laptop z filmem i igła z nitką. Cudownie - dopóki nie zrealizowała się prognoza pogody przewidująca, że spadnie deszcz :D.


Ta zawieszka jest z końca maja, ale doskonale pasuje kolorystycznie do bukietu groszków stojących na stole :) I suszącej się lawendy.

Lato.

niedziela, 25 czerwca 2017

Maxim czyli Maksio

Nowy etap.
Nowa epoka.
No prawie :)
Choć zobaczymy co z tego wyniknie.

Mianowicie: kupiłam sobie rower. [fanfary]

To mój drugi rower w życiu, choć Średnia Kamzikówna tłumaczyła mężowi "Moja Mama nigdy jak pamiętam nie miala swojego roweru".
To nie do końca tak, choć moja rowerowa historia ma nawet momenty dramatyczne. Mianowicie z nieznanych mi powodów Rodzice nauczyli mnie wielu pożytecznych rzeczy, ale nie jazdy na rowerze. Gdy jeszcze byłam jedynaczką, a nawet gdy już nią nie byłam, nie jeździliśmy na rowerach, tylko wędrowaliśmy po świecie pieszo (podjeżdżając czasem autobusem, czy pociągiem, a w góry to nawet czasem częściowo samolotem, póki koszt nie zrobil się za wysoki), a od pewnego momentu i Fiatem 125 p. Ale nie rowerem.
W związku z tym nawet jako prawie podlotek nie umiałam jeździć na rowerze! (Pamiętam z dzieciństwa dwukrotne jazdy na trzykołowcu, musiało to być więc spore przeżycie). Jazdy na rowerze uczyłam się pod koniec szkoły podstawowej na rowerach koleżanek. Miłość do tego środka komunikacji sprawiła, że raz jeden w życiu wybiegłam zza stojącego na przystanku autobusu z zamiarem dołączenia do znajomych i wykonałam efektowny (ponoć) lot nad jadącą po drugiej stronie jezdni taksówką... (Wyobrażacie sobie szok rodziców, gdy mnie poobijaną i z zakrwawioną brodą przyprowadzili koledzy: ja, grzeczne dziecko, wzór odpowiedzialności, poruszająca się po okolicznych ulicach samodzielnie od szóstego roku życia,  wybiegłam zza autobusu...!).
Pamiętam jeszcze jak wyłożyłam się na kolarzówce kolegi - chciałam tak elegancko trzymać kierownicę na środku, a nie za końcówki "baranich rogów"...

No i jakoś krótko potem dostałam od Wujostwa rower, czerwoną dwuletnią damkę o wdziecznej nazwie Gazela. Jeździłam, jak najbardziej, choć nie za często. Nie miała przerzutek, zatem jazda była zazwyczaj połączona z odkrywaniem niedostrzegalnych wcześniej górek i pagórków... Ale jakieś tam wycieczki mam za sobą (m. in. tę gdy nad nami przemieszczała się chmura z Czarnobyla :] ). Kiedy wyszłam za mąż, wiekowy już nieco bardziej rower przeprowadził się wraz ze mną albo niedługo po mnie i z czasem zaczął z niego regularnie korzystać mój mąż (zawsze kółka większe niż w jego składaku). Przerzutek nie było nadal.... I tak w końcu Gazela dokonała żywota. Dosłownie - któregoś dnia mąż pojechał do pracy na rowerze, a wracając oddał go na złom...
Kupiliśmy dla niego oczywiście kolejny rower, po drodze w rowery bogate były nasze dzieci, a ja jakoś ciągle nic... Zdarzały nam się owszem jakieś wspólne wycieczki, ale wtedy musiałam pożyczać pojazd... albo korzystaliśmy z nieobecności którejś latorośli.

Ale zaczęłam dojrzewać do roweru (ja, żona człowieka, który prawie cały rok jeżdzi na rowerze do pracy, poza dnami z ulewnym deszczem i śniegiem) .

Od pewnego czasu marzył mi się rower miejski. Taki, na którym można jechać mając wyprostowane plecy. I nawet w spódniczce :). No i wreszcie, wreszcie jest. [fanfary]


Prawie taki jak na zdjęciu (wziętym  stąd), minimalne różnice w kolorystyce. Miejski, ale z porządnymi przerzutkami i wyposażeniem, nadający się do przejażdżki za miasto. Z dużymi kołami. Już przetestowany na pierwszej dłuższej jeździe. (Ha, dlaczego ta Gazela nie miała przerzutek? Nie było?)

Śmiesznie trochę pisać tak wiele o rowerze, w końcu to dość prozaiczne urządzenie - ale nie sądziłam, że przejadżka sprawi mi taką frajdę. Zaczynam zupełnie inaczej myśleć o różnych sprawach, które będę załatwiać... Widzę, że muszę sobie kupić porządny koszyk :). A gdyby jeszcze tak ten Maksio sam wychodził z piwnicy... :D

piątek, 23 czerwca 2017

Ogień

Wszyscy przeważnie cieszą się z początku wakacji, na ulicach biało-granatowe tłumy, w kościołach jeszcze planowane procesje z racji dzisiejszej uroczystości, a dla mnie ten dzień ma dość trudny wymiar, bo uczestniczyliśmy w pogrzebie młodego, tragicznie zmarłego człowieka. Pogrzeb jako swoiste domknięcie bólu i pytań, na które po ludzku nie ma odpowiedzi. Dobrze być w tym czasie razem, we wspólnocie. Ból w sercu nie skończy się w ten sposób, ale razem łatwiej. Zawsze łatwiej.

Ogień może mieć wymiar tragiczny, ale też ogrzewa i oczyszcza, wypala to co niepotrzebne...


 ~~~~

I właśnie mi się przypomniało, że w lipcu mamy dwa śluby, a na śluby robiłam kiedyś zawieszki... i przynajmniej na jeden warto by... Ajajaj...

Dobrych wakacji :)

środa, 21 czerwca 2017

Kolorowa i portowa

W podobnym stylu, co poprzednio.
Tu są wyraźnie te stosy kontenerów stojących w porcie i czekających na transport :)
Serio. Ustawione jeden na drugim, widziane od strony najwęższego boku....
Już nawet nie pamiętam do kogo powędrowała ta zawieszka...
Ale była (jest) optymistyczna bardzo.
  

To tak na przekór smutkowi i pytaniom, które niesiemy w tym tygodniu ze znajomymi i przyjaciółmi.
Próbowałam o tym coś napisać, ale dochodzę do wniosku, że nie potrafię. Może kiedyś.

czwartek, 15 czerwca 2017

I wreszcie

No i wreszcie udało mi robić (i sfotografować) zakładkę.
Dziś poszła w ręce dawno niewidzianej Cioci. :D


Zakładka z tych dwustronnych, czyli obie strony są takie same. Symetria zachowana - poza obrzeżeniem. Dużo radości daje zrobienie takiej zakładki - i oczywiście możliwość jej przekazania w dobre ręce. :)

 ~~
Przy okazji dzisiejszej uroczystości chciałabym niesmiało przekazać Wam prośbę mojego znajomego z Pakistanu. Przy pomocy strony fundraisingowej zaczyna zbierać pieniądze na czystą wodę dla dzieci. Być może ktoś z Was ma możliwość przekazania nawet niewielkiej kwoty.
TUTAJ JEST LINK DO TEJ STRONY

O samej Joy Foundation można poczytać pod TYM linkiem

W imieniu Yaqooba dziękuję serdecznie.

Zostawiam Was z wizją nieba...






poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nakrapiana w zieleni

Na razie wisi przy mojej torebce - ciekawe jak długo.
Delikatna, z dominującą nutą lekko morskiej zieleni. Pracowicie haftowane kropki-krzyżyki nie składają sie na żaden konkretny wzór, a jednak można się tu dopatrzeć różności. Na przykład stosu składowanych w porcie kontenerów :)




I niech to pachnące piwoniami lato trwa jak najdłużej...

środa, 7 czerwca 2017

Zwiększam zapasy

Komplet powoli rośnie.
Chyba już pisałam, że się trochę rozszedł i nadrabiam, żeby mieć na wakacje.
Systemem linii montażowej (niemal) nadrabiam :D, co stanowiłoby doskonałą ilustrację do podręcznika zarządzania...



Tak patrzę z bliska na te zawieszki i stwierdzam, że te właśnie już chyba poszły w świat. Tę dolną zaliczam do najładniejszych przeze mnie wykonanych.

~


Lato (pogodowe, nie kalendarzowe) niesie niespodziewane przygody. Wczoraj wychodziłyśmy z córkami z zumby (ze szkoły, w której odbywają się zajęcia)  brodząc powyżej kostek (tak lekko ze 30 cm wody było albo i więcej) w deszczowej wodzie, której ciągle przybywało... A potem okazało się, że ulica jest nieprzejezdna. Na szczęście umiemy mysleć (i kombinować) i do domu wróciłyśmy bezpiecznie, choć w kompletnie przemoczonych butach. :) Niemniej... nie chciałabym być dyrektorem szkoły, do której podczas ulewnego deszczu woda wlewa się rzeką, nawet przez zamknięte drzwi. Nie chciałabym też być właścicielem samochodu, który jest grzecznie zaparkowany we właściwym miejscu, a podczas deszczu okazuje się, że stoi do połowy (po pas) w wodzie.... I tak, wiem, że kanalizacja burzowa nie jest w stanie odebrać pewnych ilości wody i to jest normalne, ale chyba jednak nie powinny tworzyć się aż tak głębokie tereny zalewowe...

Mam nadzieję, że wszelkie burze przetrwaliście bezpiecznie :)


niedziela, 4 czerwca 2017

W oranżach

Siatka pomarańczy.
Albo moich bratków, które wylewają się ze skrzynek powodzią płomieni (w sam raz na dzisiejszą Uroczystość).



W takiej obfitosci bratki mi nigdy nie kwitły. A jeszcze o tego były to maleńkie krzaczuszki kupione w Obi...

Wszędzie dziś ten kolor. :)
Przypomnienie o płomieniu Ducha?

A tu jeszcze tajemnicze tło :).


Zawieszka jest wstepnie zarezerwowana i teraz czekam na zgłoszenie się Właścicielki - o ile nadal Jej odpowiada..

PS. Wstawiłam drugą fotkę maleństwa w poprzednim wpisie, żebyście mnie nie posądzały o maniulacje obrazem :P

czwartek, 1 czerwca 2017

Maleństwo do...

Takie coś mini-mini z resztki kanwy.
W sam raz do pendrive'a, aby się nie zgubił (albo łatwiej znalazł). Kiedy zabieram pendrive'a do torebki, wkładam go do kieszonki a doczepioną zawieszkę wywieszam na zewnątrz kieszonki.
Jeśli ta wizja do kogoś przemawia, zapraszam do kontaktu na maila :) .


A w tle plastikowa kanwa - czasem ktoś pyta na czym haftuję te wszystkie zakładki i zawieszki. Ano na tym :)

No i jeszcze najlepsze życzenia dla wszystkich, którzy czują się dziećmi :)

I drugie foto:

środa, 31 maja 2017

No to dalsze

Nadrabiam zaległości w pokazywaniu (a jeszcze trochę mam do pokazania). I nie mogę skończyć nowej zakładki, a tak niewiele zostało. Niestety żelazko ostatnio wygrywa z haftowaniem... nie wspominając już o innych zajęciach koniecznych.

No więc pokażę kolejne dwie zawieszki z serii "francuskiej" zaangażowanej. Niby takie same, ale naprawdę każda jest inna. Potrzebować ich będę wiecej, bo część się rozeszła, a znowu nie mam czasu na haftowanie...




BTW - komu udało sie przeczytać napis? Mnie wydaje się bardzo wyraźny, ale to może być już przyzwyczajenie. Tylko proszę nie pisać CO umiecie przeczytać :) Niech inni się pomęczą....



wtorek, 30 maja 2017

Z okienka, ale nie panienka

Kiedy chodzi się po starym mieście, często można zaglądać w okna mijanych domów. Jedne są szczelnie zasłonięte inne zachęcają, a jeszcze inne niemal podejmują dialog z przechodniem...
sami zobaczcie :)

 Jakieś wspomnienie Andersena? Choć nie, to drewniani żołnierze...i do tego trzej. Intryguje mnie ozdoba czapek...

 Panny doniczanki...


Okno artysty... Julio...


U mnie podobne kulki leżą gdzieś schowane... A kabriolet całkiem, całkiem :)


I cała rodzina krasnoludków. Mają pewnie przerwę w pracy, choź może to też jakieś spotkanie związkowe? (Czy mówiłam już kiedyś, że chętnie przygarnę krasnoludki?)
I czy widzicie jak nieśmiało mchc do nas ten miś-z-innej-bajki po lewej?


Z dedykacją dla Agatka ;) Kura i kogut bardzo nobliwie tu wyglądają :)




Jak ktoś dobrze gra, to nawet świnkę to uskrzydla... To chyba dla Kamzika Najmłodszego dedykacja.... Kapelusz też ma :D.
Bądź autoportret z grajkiem i świnką :D


Ci panowie tacy zaaferowani...
A kwiatki przeglądają się w szybie .


 A to ptaki-dziobaki ze Zwierzyna (Schwerin). bałaganik miły...


To okno tchnie optymizmem.  I radością życia. Tak sobie myślę, że może tam dziecko mieszka i cieszy się tym ptaszkiem....


U mnie z okien patrzą tylko drewniane koty. Ale na pokoje patrzą, nie wyglądają na zewnątrz..

niedziela, 28 maja 2017

Zagramy?

Taki prezent dostałam...
Pudełko domowe...


Po podniesieniu pokrywki ukazała się karteczka z niezwykłym serduszkiem... (i jeszcze bardziej niezwykłym wpisem, ale to już moja tajemnica...).



A pod karteczką kolejne płatki róż...


I wreszcie pod nimi....


Mniam...
A jaki zapach...

 
W sumie to jednak nie pograliśmy. Ale jeszcze parę literek mi zostało :)
 
Fajna rzecz taki Dzień Matki :)

czwartek, 25 maja 2017

Pocztówka posztormowa

Po przedwczorajszym i trochę wczorajszym sztormie fiord był już spokojniejszy, choć nadal wiało. Jak cudownie było wędrować wzdłuż brzegu... Wiatr, szum fal... To nic, że w inną stronę niż zaplanowaliśmy... :)
Bo... morze ukradło plażę....


Hi there! czyli pozdrawiamy :)

środa, 24 maja 2017

Pocztówka kwiecista

Pocztówki hanzeatyckiej nikt nie odgadł? Tzn. miejscowości?
To Lubeka... Miasto siedmiu wież. Gotyckich.

A dziś pocztkówka z kwiatkami. Z kraju, gdzie kwitną o tej porze na potęgę...



sobota, 20 maja 2017

Przy niedzieli

Przy niedzieli tradycyjne "francuskie". Tak szybko...co prawda jeszcze sobota, ale prawie niedziela...

Jedna w granacie, druga z żółtym...
Uczciwie przyznam, ze mi się podobają, choć zaczynam się w nich gubić...
A część już poszła w świat :)


 Pozdrawiam podróżniczo :)

środa, 17 maja 2017

Z resztek...

Przy każdym haftowaniu zostają jakieś kawałki nitek. Przynajmniej u mnie. Te króciutkie - wiadomo, można wyrzucić, Ale tych trochę dłuższych szkoda wyrzucać Z nagromadzonych resztek powstała więc m. in.taka zawieszka.


Jest wesoła, a bogactwo kolorów (i faktury nici, użyłam też metalizowanych) bardzo sympatycznie wygląda w tzw. realu. Z resztek trochę trudno wyhaftować konkretny wzór, ale wydaje mi się, że takie zestawienie krzyżyków też ma swój urok. I jakież pole do interpretacji! :)

niedziela, 14 maja 2017

Dwie kolejne

Pokażę przy niedzieli dwie kolejne zawieszki z serii ogrodów francuskich. Nadal powstają taśmowo, tzn. powstawały (i będą powstawać), bo coś tam jeszcze innego w kradzionych chwilach dłubałam i dłubię. :)






Symetria jest zachowana prawie idealnie, czasem coś mi się omsknie w liczeniu, ale nadrabiam, tak by nie raziło :) Mnożą mi się bardzo te zawieszki, dlatego pokazuję parami. Ale z doświadczenia wiem, że "dużo, dużo" szybko zamienia się w "oj, bardzo mi przykro, już nic w tym momencie dla Ciebie nie mam".

Naprawdę, jak sobie wspomnę poczatki mojego haftowania w dzieciństwie, to aż mi sie niechce wierzyć, że tak to teraz lubię. Swoją droga, ciekawe czy teraz też można kupić zestawy do haftowania dla dzieci. Ja dostalam kiedyś taką kartonową dość płaską walizeczkę formatu A4, a w niej nici, igły, nożyczki, tamborek i płócienne serwetki z nadrukowanymi wzorkami. Bardzo długo trzymałam w niej różne akcesoria do haftu - wyrzuciłam ją sporo po ślubie :). Ale żadne z moich dzieci nie miało szycia na zajęciach w szkole, W żadnej postaci (a ja pamiętam jak mozoliłam się nad cerowaniem...). Nie wspominając już nawet o robieniu na drutach czy szydełkowaniu. Inne czasu...

piątek, 12 maja 2017

Kolor, którego nie ma

Kiedyś pisałam o "kwiatach, których nie ma", a które dziarsko rosną u mnie - i nie tylko u mnie - od lat.
Kilka dni temu, odkryłam, że jest (są?) też kolor, którego nie ma. I nie, nie chodzi mi o trudności z nazwaniem koloru (najmłodszy z Kamzików, patrząc na swój T-shirt, wypowiedział kiedyś wiekopomne zdanie"takiego koloru.. nie ma!").
Porządkując mulinę opisywałam po kolei"bobinki" numerami, co zresztą już mi się przydało. Ponieważ mam jeszcze odziedziczone zapasy z dawnych czasów, niektóre motki oznaczone są starymi numerami - Ariadna (producent) zmieniła jakiś czas temu numerację i zasadniczo na nowszych motkach są dwa numery (chyba, że kolor jest nowy i dawniej nie produkowano takich nici). Ale skoro mam troche motków ze starymi numerami, postanowiłam pogrzebać w internecie, aby opisywać już nowymi numerami. No bo w końcu według tych nowych bedę potem dokupywać. Nie ma problemu ze znalezieniem stosownych tablic transponujących jedną numerację na drugą i i to w obie strony - tzn. są tablice uporządkowane według starych numerów i są uporzadkowane według nowych. Super wygodnie.

I zonk.
Okazało się, że przynajmniej jeden kolor nie istnieje. :)
Tzn. ja go mam ale w tablicach nie ma.




Ciekawe czy znajdę u siebie jeszcze inne numery, z tych, których w tablicach brakuje  ;)

I byłaby to niewiele znaczaca historyjka, gdyby nie przypomniala mi o czymś innym. Kiedyś, dawno temu, uczestniczyłam w opracowaniu pewnego leksykonu. Projekt niestety padł (a szkoda). Ale i tak było to z różnych powodów ciekawe doświadczenie. Podczas tej pracy (m. in). prosiłam osobę piszącą jedno z haseł o wspomnienie o wydarzeniach, w których osobiście uczestniczyłam. I dowiedziałam się "niczego takiego nie było, bo w archiwum nie ma o tym żadnej wzmianki". Mnie zatkało. Czasy były, jakie były, wielu rzeczy nie dokumentowano z przyczyn oczywistych. A tu ktoś mówi, że nie napisali, to nie było (taka nowsza wersja "nie ma cię na fb to nie istniejesz"). Rach, ciach, koniec. Skreślamy. I tyle.

I tak się trochę obawiam, że z rozmaitymi archiwami może być podobnie. Nie ma, to znaczy nie było. Normalnie jak w dowcipie z jakiejś książki, że "ta X. to nie ma żadnych przodków".

A o tym, że można i w drugą stronę: dołożyć do archiwów, to już w ogóle strach myśleć....
 

środa, 10 maja 2017

Siatka

Jakoś nie mogłam się pozbierać, żeby pokazać dalszy "urobek".
Co gorsza trzeba sfotografować, przegrać zdjęcia, obrobić...
No, ale wreszcie się zmobilizowałam ;)

Siatka. Sieć.
I skojarzenia - od sieci rybackich po plecione siatki z plastikowego sznurka, z jakimi w moim dzieciństwie i młodości czasem się chodziło po zakupy. Dawały się zwinąć w całkiem nieduży kłębek. A potem jeszcze były podobnie plecione z jakiejś elastycznej przedzy, które puste były malutkie, a rozciągały się do całkiem pokaźnych rozmiarów.

Zawieszka z siatką jest bardzo podobna do zakładki, którą zrobiłam w trudnym czasie. Nie myślałam o tym, gdy ją robiłam. Bawiłam się błękitami i odrobiną zieleni w tle, a potem cieniowanymi nićmi z wierzchu i zaczął się z tego wyłaniać znajomy wzór. Znajomy a przecież inny.

Nie do końca to widać na zdjęciu, ale ten siatkowy układ nici daje złudzenie głębi. I tajemniczości. Chciałoby się wiedzieć, co tam za tą kratką jest ukryte :) (druga strona taka sama)

piątek, 5 maja 2017

Łączki

A kolejne łączki z serii "francuskiej" powstają.

Powstają powoli, ale skutecznie. Dobrze się ogląda jakiś film, gdy ręce zajęte i dobrze się myśli. Jedynie duet czytanie + wyszywanie nie do końca mam opanowany. :) Bo nawet w odwiedziny do Teściowej jeżdżę ostatnio z robótką ;). A - paradoksalnie - gdy zbliża się koniec wielkiego "projektu", na którym siedzę od listopada, mam ciut więcej czasu dla siebie. Zawsze coś za coś - nie mam ogrodu, to mam moje "francuskie ogródki"... I zaczynają mi się z tego wszystkiego marzyć (!) wielkie porządki w domu... Remont / lifting majaczy na horyzoncie...

No więc ogródki dwa dzisiaj, z tych, które już skończyłam.


Tradycyjnie nie wszystkie odcienie dobre uchwycone, ale ogólny wygląd tak. Gdyby to były ogrody w świecie rzeczywistym, to chyba byłoby przy nich strasznie dużo pracy... (ale i tu wszak trochę czasu zajęły...) A przy okazji mojego męczenia się nad zrobieniem ostrego zdjęcia (po skonstatowaniu, że przegrane do komputera ostre nie jest) widać, że te zawieszki nie są takie duże i można je zamknąć w dłoni, choć do najmniejszych też nie należą.

czwartek, 4 maja 2017

Kwiat jabłoni

Trochę mi z jednej strony żal, że ostatnio to zawieszki zdominowały moje działania z igłą i kanwą, a z drugiej widzę, jak fajne są te małe formy.

Dziś pokażę kolejną zawieszkę spersonalizowaną. B w kwiatach, dla osoby kojarzącej mi się z kwiatami, ogrodem i pięknem. :)

Te kwiatki z rewersu skojarzyły mi się z kwiatem jabłoni. Ale może być to też kwiat wiśni czy moreli ;) (pomijamy oczywiście liczbę płatków). Drzewa owocowe i w ogóle kwitnące drzewa i krzewy to jest chyba to, co najbardziej lubię wiosną. Nie wiem czy wiecie, że w Wielkopolsce sadzono drzewa owocowe wzdłuż dróg. Zdaje się, że od poczatku XIX w. Wiele tych drzew już padło, ale jeszcze są miejsca, gdzie o tej porze roku jedzie się kwitnącym szpalerem. Coś niewiarygodnie pieknego, nawet gdy jedzie się samochodem a nie bryczką czy wozem.

No i takie kwiatki z drzewa owocowego są na tej zawieszce.


Naczekała się na pokazanie...
Dodam jeszcze, że zdjęcie oczywiscie nie wyłapuje wszystkich odcieni zieleni...

Mam nadzieję, że ten drobiazg okaże się rzeczywiście pożyteczny i przydatny :)

I pamiętajcie o maturzystach...

A zamiast kasztanowców moje bratki i owocowe cudo w tle ;)


wtorek, 2 maja 2017

Wierzba

Wierzba rośnie w ogrodzie moich Teściów, ale ma uroczą historię.
Jakieś dziesięć lat temu dostałam od męża tradycyjny rocznicowy bukiet (chyba na rocznicę  naszego pierwszego spotkania), w którym piękny storczyk cieszył się towarzystem rozmaitych gałazek i gałązeczek (ładny był ten bukiet). Jak to storczyk - stał i stał i stał i stał. A gałazki razem z nim.
Kiedy wreszcie trzeba było z tym zrobić porządek, okazało się, że jedna z gałązek, malowniczo poskręcana, wypuściła korzonki. Gałązka + korzonki = drzewko. Tak mi się  to wydawało logiczne. ... Zamiast eksperymentować na balkonie, udałam się do Teścia. A On wsadzil gałązkę do ziemi i wkrótce okazało się, że rośnie nam wierzba. Najpierw rosła w "przedszkolu", w kąciku ogrodu, a potem została posadzona dumnie przed domem, choć nieco z boku. Zawsze patrzę na nią z pewną czułością i dumą, choć jej piękno już nie moją jest zasługą. A jakby ktoś chciał, to można z tej historii wyciągnąć piekny morał o dostrzeganiu potencjału i cierpliwości....

W popołudniowym słońcu wyglądała w niedzielę tak:



Z jednej gałazki.
Słoneczne światło sprawia, że aż mi się wydaje nierzeczywista... Ciekawe do ilu metrów dorośnie...

poniedziałek, 1 maja 2017

Kolorowe porządki

Kolejny raz postanowiłam wprowadzić trochę porządku w niciach do haftowania.
No bo to jest tak. Mulina sprzedawana jest - co wszyscy wiedzą - w luźno zwinietych i spiętych paseczkami papieru motkach. Najczęściej, bo ja mam jeszcze jakieś stare muliny firmowo nawinięte "w kulki", tak jak zwykle kordonek. No i taki motek wygląda bardzo schludnie dopóki nie zacznie się z niego korzystać. Potem się plącze.


Radziłam sobie przez lata tak, jak moja Mama - nawijając nici na przycięte tekturki. Łatwiej, bo już się nie plączą,  tekturę można naciąć i wsunąć w nacięcie nitkę, aby się nie odwijala, ale... ciągle nie do końca etsteycznie. Moje pudełko podręczno-podróżne wyglądało zawsze okropnie bałaganiarsko.
 

 Aż w jednym ze sklepów internetowych "odkryłam" to, co pewnie większość osób haftujacych zna od zawsze - estetyczne plastikowe szpulki zwane "bobinkami" (z angielskiego bobbins) - klasyczna szpulka jednak wygląda trochę inaczej, więc pewie dlatego używana jest ta zangielszczona nazwa.
Ostatecznie podbiła moje serce dziurka umożliwiająca spięcie kilku kolorów razem (na przykład używanych przy jednym hafcie). Pierwszą partię zagospodarowałam. Patyczki do szaszłyków i koraliki... Plus flamaster do płyt CD umożliwiający oznaczenie konkretnego koloru (nie mam pojecia czemu wcześniej nie wpadłam na opisywanie tekturek numerem koloru - jakieś braki w inteligencji mi tu wychodzą).



No i wreszcie może będzie porządek... Czekam niecierpliwie na kolejną dostawę.

A przy okazji porządków powstała taka niewielka, szybka  zawieszka:


Chwilowy odpoczynek od "ogródków". Podoba mi się to "wpływanie" sznureczka w zawieszkę :)