Sami powiedzcie, czy ta zakładka nie wygląda jak plan metra w jakimś tam Londynie, Paryżu czy innej Barcelonie? 😀
Kolory mocne, zdecydowane. I tak powiało wielkim światem, wakacyjnymi wyprawami, odrobiną szaleństwa. U mnie do wakacji jeszcze trochę czasu :). No i nie będzie to żadne z wymienionych miast. Ba, nawet metra nie będzie. Pozdrawiam🚆
Jak zapewne wiele i wielu z Was, wybrałam się w minioną środę na oglądanie zaćmienia słońca. Było nas troje dorosłych i troje dzieci, co było pewnym wyzwaniem. Na szczęście niedaleko od jednej z moich córek wybudowano niedawno sztuczne jezioro - była więc potrzebna przestrzeń i nie trzeba było jechać zbyt daleko.
Światło tego wieczoru było fantastyczne. Złota godzina nieco inaczej.
Na zdjęciu niżej są kocie ogonki (cat-tails z poprzedniego wpisu. 🤣🤣
Towarzyszyły nam rybitwy, kaczki i łyski w dużych ilościach, za jeziorem były żurawie, na koniec koziołek. I jeszcze jakiś niezidentyfikowany zwierz pływający (wydra?!).
Lornetka, choć niewykorzystana do obserwacji słońca, była dużą atrakcją. 🙃😏
Byliśmy wyposażeni w kilka czarnych płytek (tylko do zerkania co jakiś czas) i super konstrukcję kartonową tworzącą tzw. camera obscura.
Najpierw stała na ziemi, potem wykorzystaliśmy wózek jako podstawę. Sprawdziło się, aczkolwiek trzeba było pilnować, by entuzjaści nie popsuli precyzyjnego ustawienia. 🤣
Płytki spełniły zadanie
Ale zdjęcie przez nie to nie jest prosta sprawa. Zwłaszcza telefonem.
Musicie uwierzyć, że to Księżyc i Słońce.
Jak widać, mało spektakularne. Zachwycam się profesjonalnymi obrazami, które można obejrzeć w internecie.
A potem były jeszcze romantyczne widoki. 😃
Zastanawiam się natomiast usilnie, dlaczego po zaćmieniu z 1999 r. byłam przekonana, że kolejne nie za mojego życia. 🤔
W nocy podjechaliśmy jeszcze oglądać spadające gwiazdy. Spadały. Tylko było tak bardzo zimno...
Ta piosenka "przyszła" do mnie trzy lata temu (no, bez miesiąca) za pośrednictwem człowieka, którego nie podejrzewałam o granie na gitarze. Nie znałam jej wcześniej, choć jest wiekowa. Z czasów, gdy często śpiewało się pięknie o Ważnych Sprawach. (Teraz oczywiście też się o tym śpiewa, choć chyba jest to ciut bardziej niszowe. Może to zresztą moje boomerskie niesprawiedliwe oceny?)
Autorem jest kanadyjski pieśniarz Gordon Lightfoot. Nagrał ją w 1968 r.
Co jakiś czas do niej sięgam. Śpiewaliśmy to ostatnio w maju na wieczorze karaoke na końcu świata....
Tekst poniżej. Wiem, że nie wszyscy znają angielski, ale można sobie wrzucić w Deepla czy inny translator. Piosenka nie tylko o porach roku...
Pussywillows, cat-tails, soft winds and roses
Rainpools in the woodland, water to my knees
Shivering, quivering, the warm breath of spring
Pussywillows, cat-tails, soft winds and roses
Catbirds and cornfields, daydreams together
Riding on the roadside, the dust gets in your eyes
Reveling, disheveling, the summer nights can bring
Pussywillows, cat-tails, soft winds and roses
Slanted rays and colored days, stark blue horizons
Naked limbs and wheat bins, hazy afternoons
Voicing, rejoicing, the wine cups do bring
Pussywillows, cat-tails, soft winds and roses
Harsh nights and candlelights, woodfires a-blazin'
Soft lips and fingertips resting in my soul
Treasuring, remembering, the promise of spring
Pussywillows, cat-tails, soft winds and roses.
Takie kwiatki oglądane z okna. Albo z tarasu na piętrze. Z daleka.
Albo też... kolorowe kamyki bądź muszelki na plaży. Gdy byłam dzieckiem, zdarzał się na naszej plaży gruby piach, ciemniejszy, nie ten miałki biały, i te jego ziarenka były kolorowe – choć nie było tam tyle żółtego, co na mojej zakładce. Teraz – mam wrażenie – piasek jest chyba dosypywany...
Kropeczki, które zwykle zaczynają się od kończenia kawałków nici pozostałych po innych zakładkach, potem wykorzystują już skojarzenia kolorów. Bardzo uspokajające działanie. Terapeutyczne wręcz.
Zakładka jest w sumie niewielką formą i czasem jedna nie wystarcza na zaspokojenie jakiejś mojej fantazji kolorystycznej. Powtarzam wtedy kolory w kolejnej, mniej lub bardziej konsekwentnie. Tym razem jest więc do pokazania kolejna "żniwna" zakładka. Jest wyraźnie inna niż poprzednia, choć można się pomylić — sama sprawdzałam chyba trzy razy, czy nie pomyliłam się i nie zapisałam tego samego pliku pod różnymi nazwami.
Jest inna, choć nawet obrzeżenie zrobione jest podobnie.
Kupiłam dziś kilka motków nici, trafiły mi się przecenione DMC — chyba końcówka jakiejś serii (?), cieniowane nici. Będzie sie działo 😀.
Wspominałam kilkakrotnie, że opiekuję się, mniej lub bardziej udatnie, ogrodem Teściowej. Mam z tego dużo radości, choć najwięcej na razie prac porządkowych.
Zatem przy niedzieli kadr z dziedziny drobnych zachwytów.
I jeden z najlepszych nabytków tegorocznych. Katharantus w wersji z Indii (kraj pochodzenia gatunku, nie tej konkretnej kępki). Z bólem doczytałam, że nie zimuje u nas w gruncie.
To ten projekt, o którym gdzieś tam pobieżnie wspomniałam.
Druga w mojej karierze szatka chrzcielna. Nikt (chyba) nie robi już szatek w formie ubranka zakładanego dziecku. Raczej są symboliczne. Ponieważ i tak tylko się przykrywa maleństwo, zdarzają się szatki w formie chusty do przykrycia. Zrobiłam coś takiego dla drugiego z kolei z naszych Malątek, a teraz ostatnio dla piątego. Najpierw zapytałam, czy potrzeba, oczywiście, bo w rodzinach bywają różne zwyczaje, nierzadko zostawia się ten zakup matce chrzestnej.
Tym razem miałam więcej czasu, zatem projekt jest zdecydowanie bardziej rozbudowany.
Pudełko (też self-made).
I w pudełku.
A niżej jest zdjęcie zrobione na desce do prasowania.
🙊
Zbliżenie.
Muszelka trochę koślawa.
Ogólnie jestem dość zadowolona. Trzy odcienie zieleni, dwa żółtego, złotawy brąz.
Na żniwa trochę za wcześnie, ale tak wypada z kolejności zakładek w folderze. Mam wrażenie, że to tak co roku w którymś momencie pojawiają się zakładki, które można umownie nazwać żniwnymi.
O, proszę.
Swoją drogą, jakiś czas temu zauważyłam, że robię prawie wyłącznie zakładki przeplatane, dwustronne, jak ta powyżej. Sądziłam, że tak zostanie, tymczasem teraz mam w domu zapas prawie samych krzyżykowych. Moe jeszcze wrócę do zakładek-obrazków? Kto wie. Na razie u mnie głównie życie rodzinne (Malątka! 💖) i ogrodowe. Na chwasty rosnące przy chodnikach czy w szparach na terenach publicznych zaczynam reagować jak pies Pawłowa i muszę się pilnować, aby ich nie wyrywać 😉. Czytam, uczę się tego ogrodu i pielęgnowania różnych roślin. Dziś w przerwach między deszczami usuwałam winorośle ze świerków (miały fantazję). Gospodaruję i na balkonie — mam z tego wszystkiego ogromną satysfakcję i plany na kolejny rok. Zobaczymy jednak, co przyniesie życie.
Balkon trochę się zmienił, coś dosadziłam, coś przestawiłam... Dużo więcej podziałałam w ogrodzie (córka śmiała się, że odkrywam nowe pasje, a one nie takie nowe).
Parę fotek.
Floksy w donicach wymagają dużo wody. Ale radość jest.
Maciejka wciąż pachnie, ale czekam aż zakwitnie kolejna partia.
Rozchodnika na razie przedostatni bukiet. Za to rozłożysty.
Jeszcze trochę tych zeszłorocznych mam do pokazania. Zrobiłam całkiem sporo tych haftowanych-przeplatanych, dwustronnych. Czasem sobie myślę, że to trochę jak uzależnienie — robię falami, jedna za drugą — ale jednak trochę, a nie całkiem jak uzależnienie, bo jednak umiem bez tego funkcjonować :).
[dygrecja: korekta odróżnia dywizy od myślników w Blogerze ! Niemożliwe stało się możliwe!]
Zatem zakładka przeplatana, w granatach z czerwienią, z linią błękitu. Takie zakładki powstają bez konkretnego pomysłu, raczej są owocem zabawy kolorami, czasem też ograniczenia wynikającego z liczby bobinek zabranych w podróż. Czasem jakiś kolor wpada w oko szczególnie i potem "się układa" dalej. Czasem nie jestem zadowolona z pośrednich rezultatów i szukam przeciwagi, akcentu. Zazwyczaj udaje się ją/go znaleźć. Nauczyłam się też, że nawet jak mnie coś nie w 100% się podoba, zawsze znajdzie się ktoś, kto bez namysłu dany egzemplarz wybierze. Jak wspaniałą rzeczą jest rozmaitość gustów! ;).
Do św. Anny jeszcze parę dni, ale poranki już chłodne. Za to w dzień cieplutko, a nawet upalnie. Jeszcze mogłoby popadać nocami... Byle nie ulewnie, mam nadzieję, że tam w Mazowieckiem, Lubelskiem i na Podkarpaciu nie ucierpicie z powodu ulew czy nawet gradobicia.
Letnia w sensie, że od lata, a nie od letniości. :) O, proszę.
Kojarzy mi się z moimi chwilowo niebieskimi paznokciami (zaszalałam, a co).
Widzę, że mam tę zakładkę w dwóch odsłonach. Przypuszczam ,ze chodziło mi o pokazanie jak odmiennie wyglądają te kolory z fleszem i bez flesza.
Niektóre proste motywy geometryczne wracają na te moje zakładki jak bumerang, Zawsze jest jednak trochę inaczej - myślę, że gdybym miała zrobić dwie identyczne zakładki, bardzo bym się męczyła. Za to wszedł mi w ręce jeszcze inny projekt - mam nadzieję, że pod koniec miesiąca będę mogła się pochwalić :).
Takie pędzące życie z zakrętami i niespodziankami. Mnóstwo kolorów. Soczyście i konkretnie.
Wydawało mi się, że dopiero co był tu wpis, ale jednak kilka dni już minęło. Kilkudniowe wakacje jednego z wnuków, spotkania, koncert (i dyżury z najmłodszym, bo jego rodzice grali w orkiestrze), podróż na pogrzeb (i wdzięczność dla Zmarłej, że zebrała na koniec taką fajną ekipę na pożegnanie), ogród... Dzieje się.
Chyba się nie chwaliłam, że udał mi się jeden projekt bardzo. Może komuś przyda się pomysł. Gdy w marcu świętowaliśmy dziewięćdziesięciolecie mojej Mamy, wskanowaliśmy zdjęcia do wspólnego oglądania na ekranie w gronie zaproszonych gości. Nie było to łatwe, część zdjęć skanowałam w środku nocy (znalazłam przy tym parę takich, których nigdy nie widziałam wcześniej!), bo miała to być, jak cała impreza, niespodzianka. Niespodzianka się udała, zdjęcia pozostały na dysku, a mnie zaczęło to korcić. No bo takie zdjęcia na dysku to są, ale kto je ogląda? Wykorzystałam więc kod zniżkowy i zrobiłam fotoksiążkę. Musiałam się pilnować, by dać tam tylko zdjęcia z Mamą (taki był zamysł), a nie robić historii rodziny. Zaczęłam od fotografii moich Dziadków, dołożyłam na koniec zdjęcia z imprezy i… nie sądziłam, że tak się to spodoba Mamie :). Warto było. (Z serca polecam korzystanie z printu(kropka)pl).
Wczoraj pierwszy raz obcinałam tak na poważnie gałęzie drzew, co trochę odczułam w kościach. Nie sądziłam, że prace ogrodowe tak mnie wciągną...
Chabrowa, modrakowa, bławatkowa - co kto woli. Takie skojarzenie.
Lubię niebieskie kwiaty. Choć oczywiście lubię i żółte, i pomarańczowe, i czerwone, i fioletowe....
Opiekuję się w tym roku trochę ogrodem Teściowej. Trochę - ot tyle, żeby miała trochę radości i nie narzekała, że nic się w nim nie dzieje. Rozpoczęta w minionym roku wojna z przymiotnem białym na razie jest moją wygraną, z czego jestem ogromnie dumna (ono mnie wciąż próbuje pokonać, ale na razie jestem górą). Nie mam w tym ogrodzie chabrów - w ogóle ja bym go urządziła inaczej (oczywiście) - ale mamy na razie nierozkwitniętą rabatkę "dla motylków", założoną przez jedną z moich córek. Może tam będą? (Mamy też dorodne dynie in spe, truskawki i rukolę o gigantycznych liściach 💚😊. Z chabrowości zakładka musi mi zatem na razie wystarczyć.
Obrazki będą bardziej z przyrodą niż ludźmi, choć ludzie w tej podróży zawsze są najważniejsi.
Ilaut znaczy nad morze.
Jedziemy na śniadanie w lokalu na plaży - wcześniej kupuje się co chce się zjeść... Wioska, czy też osiedle z lasem mangrowym, chronionym i dosadzanym (wędruje się po bambusowych pomostach). Bardzo cenimy to, że zazwyczaj bywamy w lokalach, w których jadają miejscowi - zresztą turystów z Europy w tym rejonie niewielu jest (o ile są).
Po drodze krajobraz trochę jak w Holandii. Tylko bez wiatraków... Jesteśmy na wyspie Negros, tutaj po drugiej stronie Panay.
Byliśmy - jak widać - podczas odpływu. Kapitalne światło - to jest ok. 8 rano.
Zostawiłam na chwilę towarzystwo i chłonęłam ten morski widok. Cudowny relaks.
Minęły tygodnie obfite w wydarzenia, nie zawsze proste, łatwe i przyjemne. Sporo nerwów było. Nie starczyło sił i myśli na pisanie tutaj.
Wygląda na to, że świat wrócił na dobre tory, ale wcale nie przyhamował. Zatem niestety nadrabiać zaległości blogowe będę długo.
Jutro ruszamy w kolejną podróż na nasz ukochany Koniec Świata. Z przyczyn wszystkim znanych, podróż będzie jeszcze dłuższa niż zwykle, poznamy nowe lotniska i nowe linie lotnicze. Po 26 latach znowu na chwilę (czyli kawałek trasy) wsiądziemy nawet do samolotu LOTu!
Serce trochę rozdarte, bo tak naprawdę chciałoby się być w kilku miejscach naraz. Na horyzoncie jednak jest już konkretna data, po której powinno być spokojniej. Ciekawe jak będzie 😜.
Zostawiam Wam kilka zdjęć kwiatów magnolii z soboty. Taki park w miłym towarzystwie to doskonałe nabranie oddechu ...