Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkurs foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkurs foto. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2014

Piękno ze wspomnieniami

Konkurs Zafotografowanych, który przewija się tu czasem (podobnie jak na paru innych blogach) bardzo mobilizuje do różnych pomysłów. Od jakiegoś czasu postanowiłam robić nowe zdjęcia związane z tematem, nie grzebać w starych, żeby było "na świeżo". Co prawda nie jest to żaden dogmat, ale na razie sprawia mi to sporą frajdę i zmusza do wysiłku intelektualnego "gdzieś po drodze". Ciekawa jestem jak rodzą się zdjęcia innych osób - moje pomysły przychodzą czasem niespodzianie i czasem wymagają modyfikacji i prób. Na pewno fachowym okiem łatwo jest dostrzec niedoskonałości warsztatu i sprzętu (w tym brak na tym komputerze dobrego programu do obróbki zdjęć).

Dziesiąty temat miał być ilustracją znanego (acz niekompletnego) cytatu z Norwida:

"Bo nie jest światło, by pod korcem stało,
Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,
Bo piękno na to jest, by zachwycało...."

Kusiło mnie to światło pod korcem i sól (choć wszyscy - jak mi się wydaje - skupiali się raczej na pięknie), ale nie umiałam wymyślić ilustracji, którą byłabym w stanie sfotografować. Nawet wiedząc, że Najmłodszy Kamzik jest więcej niż chętny do pomocy.
Pozostało więc piękno.

Któregoś ranka przypomnał mi się niezwykły kubeczek. Niezwykły przez wyszukaną formę i wyrafinowanie wręcz. I niezwykły, bo kiedyś przywędrował w prezencie przy okazji wizyty Bardzo Kochanej Cioci, która mieszka baaardzo daleko i teraz już z racji wieku (84?) i coraz mniejszych możliwości bardzo rzadko nas odwiedza, czasem jedynie rozmawiamy przez telefon. Ciocia jest cudowną osobą o niezmiernie żywym umyśle, zainteresowana wszystkim, od zawiłości prawa po fizykę kwantową i kwiatki w ogrodzie, życzliwą, pełną poświęcenia w trosce o podupadajacych na zdrowiu członków rodziny (jest najmłodsza z bardzo licznego rodzeństwa), rozmawiajacą o wszystkich, tylko nie o sobie, nigdy niemówiącą nic złego o innych, wystrzegającą się plotek jak ognia... Jest jedyną znaną mi osobą która nawet siadając w fotelu ma idealnie proste plecy i nie korzysta z oparcia - jak przed wojną panienka z dobrego domu...

Kubeczek zachwycił mnie niezmiernie, zaś Ciocia dawała go z zawstydzeniem (że taki byle jaki prezent), mówiąc, że może włożę w niego ołówki na biurku, bo to nic takiego...

Miałam ochotę sfotografować w nim właśnie jakieś ołówki, ale gdy wyjmowałam go z półki spojrzałam na piórka... Jako nastolatka miałam "etap" kolekcjonowania kolorowych i niezwykłych ptasich piórek. Pamięta otym mój Tato i czasem jakąś ciekawostkę przywozi. Tak właśnie przywędrowało do nas zakręcone piórko bażanta, które tworzy sympatyczną parę (trójkę?) z kaczym. No i pozostało mi tylko zrobić zdjęcie, które mnie zadowoli... W miarę się udało :)


Jest i piękno i światło, soli brak... (a mogłam do środka nasypać...).

A same piórka wyglądają tak jak na zdjęciu niżej. Nie do końca widać, że to beżowe, bażancie, to jedno a podwójne :)


update:
kubeczek vel filiżaneczka dla znawców :)



czwartek, 13 marca 2014

LU... czyli męka twórcza :P

(nie będzie dziś poważnie)

No właśnie, LU jak co?
Zadanie dodatkowe w konkursie foto tytuł miało dość enigmatyczny. Dla niektórych nawet dezorientujący. Ale efekty dociekań okazały się interesujące.

Moje pierwsze skojarzenie było szybkie i bardziej niż dosłowne. No gdzie te dwie literki stoją jak wół, gdzie? Oczywiście na rejestracji samochodu z Lublina! Zatem zrobiłam zdjęcie takiej rejestracji...


Trochę nudne, prawda?

Zaczęłam więc myśleć nad czymś innym. Jako istota literkowa nadal szłam tym samym tropem - zastanawiałam się, gdzie "w naturze" te dwie literki znajdę. Mieszkam w mieście zatem... ulica! Bingo. Założyłam, że jest w moim mieście ulica Lubelska, choć jeszcze jej nigdy nie widziałam. Ustaliłam też, że jest inna zaczynająca się na Lu... w miejscu niezbyt odległym od tego, w którym mieszkam. Potem doszłam do wniosku, że jeszcze ciekawsze byłoby zdjęcie "symetryczne" ul. Lu... I tu podzieliłam się pomysłem z MN. On zaczął się zastanawiać, czy przy tej wymyślonej przeze mnie ulicy na pewno jest tabliczka z nazwą. Sięgnęłam zatem do nieocenionych GoogleMaps w wersji Street View i... klapa. Owszem, znalazłam nawet ulicę Lubelską (nieutwardzona błotnista droga). Co z tego jednak - tablice z nazwami ulic mamy nowe, porządne, dwulinijkowe, w górnej linijce pełne słowo "ulica" mniejszymi wersalikami, w dolnej nazwa większymi wersalikami...

Powróciłam więc do koncepcji z nazwą Lublina. Powoli krystalizowała się wizja atlasu drogowego, w altasie jest skorowidz, w skorowidzu dużo miejscowości na Lu.., literki małe, potrzebna lupa... Liczyłam na klasyczną, solidną lupę... okazało się, że rodzinie nie ma takiej. Pozostałam więc z tym, co mam. A mam lupiątko z jakiegoś przedpotopowego piórnika Najmłodszego Kamzika. No i zdjęcie wyszło ot, takie:


Myślę, że KFA doceni tło :P, ENNka wie co jest na zdjęciu po prawej, a P.T. Reszta uzna, że przy przeciwnościach losu i zasobów gadżetowych jakoś tam się udało :))

No i mogłoby jeszcze być LUbię LUblin :)))
Prawdę mówiąc kusiła mnie także rejestracja zaczynająca się od LLU :)) Ale u mnie takie rejestracje są rzadkością... A takiej z LUU to w ogóle nie widziałam....
:))
Miłego czwartku!


poniedziałek, 10 marca 2014

O decyzji

Noblesse oblige, czyli wypadałoby się wytłumaczyć z takiego a nie innego tematu zadanego w nieustającycm (obecnie nieustającym, bo pewnie kiedyś się skończy) konkursie (za)fotografowanych.
Będzie - obawiam się - znowu długo. Mimo że na studiach uczyłam się pisać zwięzłe teksty z określoną liczbą słów.

Niełatwo jest wymyślić cokolwiek - mnie przynajmniej - a co dopiero temat zdjęcia. Gryzie człowieka ambicja, żeby nie było za pymitywnie, rozsądek każe wybierać coś, co da się zrealizować w ciągu tygodnia, a praca do wykonania na termin pokrzykuje, żeby dać sobie ze wszystkim spokój i siadać do roboty. Na dobitkę robota też wymaga myślenia, więc nawet przy podzielności uwagi nie da się jednocześnie pracować i  wymyślać tematu zdjęcia.

Spodobało mi się podawanie jako tematu jakiegoś cytatu. Jako nastolatka, a potem i jako studentka miałam zwyczaj wynotowywać różne mądre myśli i fragmenty z lektur. Przechował się zeszyt z tymi notatkami, jakiś czas temu powędrował jednak do szuflady którejś z Kamzikówien i nie zawsze jest dostępny. Skończyło się więc na przeglądaniu uroczych w formie i bogatych w treści wielojęzycznych zapisków Najstarszej Kamzikówny, która była pod ręką. Po wielu analizach wybrane zostało to co zostało, cytat bodajże z Antoine'a de Saint-Exupéry'ego "Jedna, jedyna chwila może wpłynąć na całe życie".

Dlaczego to zdanie? Dlatego, że było lepsze od innych (których już nie pamietam). Dlatego, że da się sfotografować. I dlatego, że mówi o ważnych sprawach.

Zauważyłam jak często interpretujemy podawane w konkursie cytaty według własnych przeżyć i doświadczeń. To, co ktoś odbiera pozytywnie, może być przez kogoś innego odebrane jako skrajny pesymizm. Można się na to zżymać, ale w sumie wydaje mi się, że to poszerza horyzonty, uczy pewnej pokory i niestawiania siebie w centrum, szacunku dla odmienności patrzenia, nawet jeśli się z tym innym sposobem patrzenia aż do bólu nie zgadzamy.

Dla mnie osobiście wybrany cytat mówi najpierw o odpowiedzialności. Jest napomnieniem do uważania na podejmowane decyzje, zastanawiania się nad ich konsekwencjami. Bo nieprzemyślaną decyzją, skupieniem na swojej doraźnej korzyści można kogoś skrzywdzić. Nawet bardzo. Druga sprawa, która mi się kojarzy, to ogromne pole wolności. Czasem wystarczy podjąć jedną decyzję i  otwiera się przed nami nowy świat. I wcale musi to być decyzja na miarę kosmosu - czasem to jest zwykłe "Przepraszam"... Tak, ten wymiar wolności bardzo mocno kojarzy mi się z kwestią pojednania, odrzucania zła, mroku. I jeszcze trzecia sprawa. Pamiętam dzień po urodzeniu najstarszej córki. "Już nic nigdy nie będzie takie samo" - ta oczywistość otworzyła się przede mną, trzymającą maleństwo zawinięte w niebieski kocyk, jak wielkie zadanie, kompletnie nowa rzeczywistość. Nowy świat.

Myśląc już konkretnie o zdjęciu nie miałam jasnej wizji, mimo że niby znałam temat wcześniej niż inni. Zastanawiałam się nawet nad czymś podobnym jak zajmująca pierwsze miejsce na podium eNNka. Myślenie o konsekwencjach decyzji podprowadziło mnie do efektu domina. Kojarzycie, prawda? Przewracamy jeden klocek i zaczyna się....  Tak jak z tym motylem, który może ponoć wywołać huragan... :) Okazało się jednak, że domina w domu brak, a poza tym jakoś nagle zrobił się czwartek, a ja już w piątek wyjeżdżałam... No i z pomocą przyszły klocki. Zwykłe, drewniane, w znacznej części pamiętające jeszcze moje dzieciństwo. Niezawodne...


Wcale nie było łatwo zrobić takie zdjecie, jak chciałam. Czas gonił. No i tak wyszło :) Ufam, że część osób zrozumiała o co chodziło, skoro dali jakieś punkty :). A tu pozostałe interpretacje.

czwartek, 6 marca 2014

A niech będzie

No więc (wiem, nie zaczyna się zdania od "no więc"), daję się w pewnym sensie sprowokować.

Interesujące rozmowy wywiązują się na niektórych blogach osób biorących udział w konkursie (za)fotografowani . (Nie jestem w stanie wchodzić na wszystkie blogi - przepraszam). W minionym tygodniu temat brzmiał "Nic nie może przecież wiecznie trwać" i część osób zinterpretowała ten cytat z piosenki (iście pesymistycznie) jako mówiący o miłości. Nie pamiętam dokładnie ale w piosence pewnie rzeczywiście chodziło o miłość. No i tu bardzo bliski jest mi bunt Kasi. :) Jestem do głębi przekonana, że miłość trwa wiecznie. Nie miłość rozumiana jako piękne uczucie czy poruszenie emocji, nie zauroczenie, na dodatek od razu konsumowane, jak to nam serwują filmy i banalne w tym aspekcie powieści, ale miłość rozumiana jako wzajemne dawanie siebie w darze. Aktywne, czynne, nieustanne wychodzenie poza swój egoizm. Zaufanie oparte na danym przez drugą osobę słowie. Odpowiedzialność. Wytrwałość....

Miłość rośnie i rozwija się przez całe życie. Pod warunkiem wszakże, że się o nią dba. Jeśli ludzie na poczatku drogi uważają, że mają już wszystko i "należy" im się czułość i troskliwość oraz same miłe rzeczy, jeżeli oboje chcą (albo jedno chce), aby świat kręcił się wokół ich "ja", no to rzeczywiście ich relacja nie przetrwa próby czasu. Czasem to wina głupoty czy niedojrzałości, jakiś zranień, błędów (wychowawczych i tych, które sami popełnili), egoizmu... To jest pewien paradoks, że miłość trwa wiecznie, a jednocześnie może umrzeć, gdy nie pozwoli się jej na wzrastanie i rozwój...

Zastanawiałam się, jaki warunek musi być spełniony, aby móc dać siebie w darze. No i pierwsza rzecz jaka mi się narzuca, to to, że aby coś dać, trzeba to najpierw mieć. Jeżeli miłość jest dawaniem siebie, to powinna łączyć się z nieustanną pracą nad sobą, nad swoim charakterem. Żeby - ujmując rzecz nieco filozoficznie - posiadać siebie, czy być panem (panią) siebie. Sama doskonale wiem (oj, wiem) jakie to jest trudne czasem i jak bardzo człowiek chciałby być egoistą (i bywa, bywa!). Wiem też jak często w różnych związkach jest tak, że jedna strona potrafi oszukać, a potem jeszcze dodatkowo dogłębnie rani, zdradza, opuszcza... I że czasem opuszczenie krzywdziciela jest jedyną drogą ratunku.

A jednak. Jednak dziś, gdy wszystko robi się na trochę, na wymianę, gdy łatwiej jest kupić nowe niż naprawić stare ("pani, nowy odkurzacz wyjdzie taniej, nie ma sensu sprowadzać tej części") trzeba głośno mówić o tym, że miłość jest wieczna. Że ci, którzy są razem lat 10, 20, 15, 50, 60 to nie jakieś wyjątki, nie ci, którym "się udało", nie ci, którzy "mieli łatwo". To ci, którzy podejmują wysiłek trwania przy sobie, wysiłek odpowiedzialności za dane słowo (obojętnie czy dane w kościele czy w USC), wysiłek pracy nad sobą (a nie wychowywania męża czy żony) i nad rozwijaniem relacji (i niekoniecznie jest to wysiłek werbalizowany). A jeśli coś się psuje, starają się to od razu naprawiać. Bo miłość rośnie i rozwija się przez całe życie, ale to nie znaczy, że całe życie jest jedną wielką euforią, że nie ma w nim cierpienia i trudu.

Najbardziej zaś przeraża mnie dopuszczanie z góry możliwości rozpadu relacji, nawet gdy dało się słowo. "No, nie wiadomo czy się uda". Ja się nie dziwię, że ludzie zaczynają tak myśleć, gdy nie widzą wokół siebie trwałych małżeństw, gdy zostali (często potwornie) skrzywdzeni czyimś egoizmem. Ale to jest jednak baaardzo kiepski punkt wyjścia do budowania czegokolwiek... Miłość musi wiązać się z odpowiedzialnością, inaczej kończy się na bólu... A odpowiedzialność to przede wszystkim budowanie i zapobieganie poważniejszym problemom przez rozwiązywanie drobniejszych (nie czekamy aż urosną).

Zrobił mi się post-gigant, a przecież to tylko zarysowanie tematu. :(
Można załamywać ręce nad światem, który nad złoto wiecznej miłości przedkłada często tombak krótkotrwałych związków i egoistycznego wykorzystywania ludzi dla swojej korzyści czy przyjemności.
Ja jednak na szczęście widzę naprawdę sporo młodych ludzi, którzy myślą o miłości poważnie i na zawsze :) A że nie wszyscy - w żadnym pokoleniu nie wszyscy byli wewnętrznie dorośli. Chodzi tylko o to, by takich było jednak jak najmniej....
~
A moja interpretacja tematu miała być pozytywna. Nie o miłości. O tym, że to, co złe trzeba przeciąć. Że czasem można sprawić, aby coś się skończyło i że nie każdy koniec jest zły. Nawet w miłości można przeciąć to, co niszczy. Namęczyłam się i namęczyłam Najmłodszego K. (ten brak trzeciej ręki...) zanim wynik w miarę mnie zadowolił.


No ale wiem, że to i jak nożyce Parki można zinterpretować...

Uff, pozdrowienia szczególne dla tych, którzy doczytali do końca ;)
Zwlekałam trochę z tym wpisem, przybrał inny kształt niż planowałam. Ale to taki temat, wobec którego nie umiem przejść obojętnie.


poniedziałek, 24 lutego 2014

Droga

Intensywnie, radośne, inspirująco - tak minął mi ten weekend przedłużony o poniedziałek. Warto było.

A droga była dziś taka jak widac niżej. Zdjęć zrobiłam 39 (słownie trzydzieści dziewięć!). Aż się słońce schowało... Robione w czasie jazdy, przez szybę, niekoniecznie czystą jak kryształ. Ale te kolory...




PS. Z pewną nieśmiałością pochwalę się wynikiem szóstej edycji "zafotografowanych".  I w tak godnym towarzystwie tam się znalazłam! Cieszę się o-grom-nie :)


Temat brzmiał:
Well, we all have a face 
That we hide away forever
And we take them out and show ourselves
When everyone has gone
(To jest początek piosenki "The Stranger" Billy'ego Joela - może nie wszyscy wiedzą, ja nie wiedziałam).

Namęczyłam się nad tym zdjęciem okropnie. Kilka prób było i powtórek. Miałam kłopot z tłem... I z oświetleniem, żeby nie używać lampy... (nie mam wysokiego statywu).
Pomysł wydawał mi się w sumie banalny - Człowiek patrzy w lusterko i okazuje się, że widzi tam kogoś innego... Swoje prawdziwe "ja"? A może jeszcze coś innego...?
Chwalę się, może nie powinnam... Ale tak się ucieszyłam.

poniedziałek, 10 lutego 2014

A miało być inaczej

Usiłuję brać udział (pierwszy raz!) w długofalowym projekcie (za)fotografowani. Nie żebym się uważała za mistrza fotografii - czasem jakieś zdjęcie się uda, ale nie przesadzajmy. Ale zabawa przednia, a i towarzystwo wyborowe.
Ale - zdarzył mi się przykry kiks :( Ręka się omsknęła, czy coś - w każdym razie na czwartą edycję poszło nie to zdjęcie, które po długim namyśle wybrałam. I żebym wysyłała w pośpiechu na ostatni moment - nic z tego. Spokojnie, z zapasem czasu - sknociłam.
Zatem pozstaje zaprezentować tutaj żywioł (jeden z), który postanowiłam nazywać moim, lekko przycięty dla lepszego wyrazu::


Góry oczywiście, ale i niebo, wiatr, przestrzeń. Te szalejące chmury... Zawsze lubiłam patrzeć w niebo i wyobrażać sobie w chmurach tajemnicze lądy i krainy...

Wzruszyłam się, że dostałam punkty pomimo gapiostwa...
Gratulacje dla wszystkich uczestnków, szczególnie zwycięzców etapu :)
No i teraz będę po trzy razy sprawdzać co wysyłam...