niedziela, 25 czerwca 2017

Maxim czyli Maksio

Nowy etap.
Nowa epoka.
No prawie :)
Choć zobaczymy co z tego wyniknie.

Mianowicie: kupiłam sobie rower. [fanfary]

To mój drugi rower w życiu, choć Średnia Kamzikówna tłumaczyła mężowi "Moja Mama nigdy jak pamiętam nie miala swojego roweru".
To nie do końca tak, choć moja rowerowa historia ma nawet momenty dramatyczne. Mianowicie z nieznanych mi powodów Rodzice nauczyli mnie wielu pożytecznych rzeczy, ale nie jazdy na rowerze. Gdy jeszcze byłam jedynaczką, a nawet gdy już nią nie byłam, nie jeździliśmy na rowerach, tylko wędrowaliśmy po świecie pieszo (podjeżdżając czasem autobusem, czy pociągiem, a w góry to nawet czasem częściowo samolotem, póki koszt nie zrobil się za wysoki), a od pewnego momentu i Fiatem 125 p. Ale nie rowerem.
W związku z tym nawet jako prawie podlotek nie umiałam jeździć na rowerze! (Pamiętam z dzieciństwa dwukrotne jazdy na trzykołowcu, musiało to być więc spore przeżycie). Jazdy na rowerze uczyłam się pod koniec szkoły podstawowej na rowerach koleżanek. Miłość do tego środka komunikacji sprawiła, że raz jeden w życiu wybiegłam zza stojącego na przystanku autobusu z zamiarem dołączenia do znajomych i wykonałam efektowny (ponoć) lot nad jadącą po drugiej stronie jezdni taksówką... (Wyobrażacie sobie szok rodziców, gdy mnie poobijaną i z zakrwawioną brodą przyprowadzili koledzy: ja, grzeczne dziecko, wzór odpowiedzialności, poruszająca się po okolicznych ulicach samodzielnie od szóstego roku życia,  wybiegłam zza autobusu...!).
Pamiętam jeszcze jak wyłożyłam się na kolarzówce kolegi - chciałam tak elegancko trzymać kierownicę na środku, a nie za końcówki "baranich rogów"...

No i jakoś krótko potem dostałam od Wujostwa rower, czerwoną dwuletnią damkę o wdziecznej nazwie Gazela. Jeździłam, jak najbardziej, choć nie za często. Nie miała przerzutek, zatem jazda była zazwyczaj połączona z odkrywaniem niedostrzegalnych wcześniej górek i pagórków... Ale jakieś tam wycieczki mam za sobą (m. in. tę gdy nad nami przemieszczała się chmura z Czarnobyla :] ). Kiedy wyszłam za mąż, wiekowy już nieco bardziej rower przeprowadził się wraz ze mną albo niedługo po mnie i z czasem zaczął z niego regularnie korzystać mój mąż (zawsze kółka większe niż w jego składaku). Przerzutek nie było nadal.... I tak w końcu Gazela dokonała żywota. Dosłownie - któregoś dnia mąż pojechał do pracy na rowerze, a wracając oddał go na złom...
Kupiliśmy dla niego oczywiście kolejny rower, po drodze w rowery bogate były nasze dzieci, a ja jakoś ciągle nic... Zdarzały nam się owszem jakieś wspólne wycieczki, ale wtedy musiałam pożyczać pojazd... albo korzystaliśmy z nieobecności którejś latorośli.

Ale zaczęłam dojrzewać do roweru (ja, żona człowieka, który prawie cały rok jeżdzi na rowerze do pracy, poza dnami z ulewnym deszczem i śniegiem) .

Od pewnego czasu marzył mi się rower miejski. Taki, na którym można jechać mając wyprostowane plecy. I nawet w spódniczce :). No i wreszcie, wreszcie jest. [fanfary]


Prawie taki jak na zdjęciu (wziętym  stąd), minimalne różnice w kolorystyce. Miejski, ale z porządnymi przerzutkami i wyposażeniem, nadający się do przejażdżki za miasto. Z dużymi kołami. Już przetestowany na pierwszej dłuższej jeździe. (Ha, dlaczego ta Gazela nie miała przerzutek? Nie było?)

Śmiesznie trochę pisać tak wiele o rowerze, w końcu to dość prozaiczne urządzenie - ale nie sądziłam, że przejadżka sprawi mi taką frajdę. Zaczynam zupełnie inaczej myśleć o różnych sprawach, które będę załatwiać... Widzę, że muszę sobie kupić porządny koszyk :). A gdyby jeszcze tak ten Maksio sam wychodził z piwnicy... :D

12 komentarzy:

  1. Rowery mają chyba tą jedną jedyną upierdliwość:) skądś je trzeba wynosić przynosić albo wnosić zanosić...żeby sobie pojeździć i przestać :)
    Ale to się chyba głównie blokowcow tyczy ;) mnie czyli 😆

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MNie też. Postawiam stanowcze veto rowerom na balkonie (tylko jeden wisi na ścianie), reszta w piwnicy. Cóż, póki na wycieczki będę udawać sie z mężem, nie jest to takie straszne ;).

      Usuń
    2. niby nie straszne:) ale ja w gorącej kąpana jestem, to sama wcześniej wyciągnę niż się mąż zorientuje, że już na wycieczce jesteśmy...Chciałam miedzy wierszami napomknąć o tym, że niektórzy Panowie mają tendencję do próby przeniesienia czegoś bez noszenia :)

      Usuń
    3. :D
      No, tak, każdy jest iny :)

      A ja piwnicy unikam, nie da się ukryć ;)

      Usuń
  2. Gratulacje! Niech się Maksio dobrze sprawuje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny rower, a wiesz, że ja też nie mam roweru...Odkąd mam samochód zarzuciłam rower na znak protestu, bo w młodości był to jedyny środek lokomocji w mojej wiosce!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj rozumiem.
      No tak, zupełnie inaczej to wyglądało, ja jednak miałam autobusy... albo własne nogi, ale też w mieście odległości inaczej się liczy.
      Ja to też "dla zdrowotności" ;)

      Usuń
  4. Piękny rowerek, życzę wspaniałych wycieczek : ) Mój mąż do dziś nie umie jeździć na rowerze, ot mama nie dała się nauczyć. Z naszych trzech córek tylko jedna pokochała jazdę na rowerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas w sumie wszyscy jeżdżą choć w różnym zakresie. Rolki niektórzy cenią zdecydowanie bardziej.

      Usuń
  5. Heh, wiesz, że w pierwszej chwili po przeczytaniu tytułu postu myślałam, że zostałaś babcią? Takie luźne skojarzenie. Mam nadzieję, że rower będzie Ci służył przez wiele, wiele lat!
    Kochana, właśnie skończyłam czytać Twojego bloga. I jestem zachwycona, zarówno Twoimi pracami, jak i samym stylem pisania. Cieszę się, że do Ciebie trafiłam i jednocześnie żałuję, że tak późno to nastąpiło.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, imienia wnuka jednak bym nie podawała :) I mam nadzieję, że jak się pojawi to jednak nie Maksio :D

      Chyba się zarumienię - naprawdę czytałaś całość?!?!?1? Ogromnie się cieszę, że Ci się podoba. Serdeczności ślę ;)

      Usuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)