Wymyśliłam sobie zakładkę z motywem siatki. Dwustronną
Znalazłam przepiękny odcień niebieskiego jako tło.
Znalazłam ciekawą cieniowaną nitkę na oczka sieci.
Zaczęłam haft w domu.
Kontynuowałam - właściwie prawie skończyłam - w pociągu w ubiegły wtorek. Gdy zbierałam się, by wysiąść, zostało niewiele pracy - jeden rządek siatki, obramowanie i ogonek.
A potem przyszło to, co przeczuwane, a przecież będące zaskoczeniem. Jak chyba zawsze - za wcześnie. Choć za dar poczytuję sobie to, że byłam. Że mogłam trzymać za rękę. Uśmiechać się. Usłużyć. Słuchać. Przyjąć przepiękny gest miłości....
Skończyłam wczoraj wieczorem. Po tygodniu od daty zapamiętanej już na zawsze.
Po pierwszej normalnie przespanej nocy od tamtego dnia.
Nie sposób oderwać się od narzucających się skojarzeń z Parkami splatającymi losy ludzkie. Z Kochanowskim splatającym radość z troską. Z wymiarem wieczności, w której życie się zmienia, ale nie kończy.
Zastanawiam się, czy będę umiała dać ją komuś w prezencie.
PS. Zdjęcie pokazuje tylko jedną stronę, bo fotka drugiej strony wyszła bardzo nieostra.