Po zakładce ze światłami miasta bądź chipem pojawiła się kolejna "klasycznie krzyżykowa". Bardziej kolorowa, choć te kolory to też kilka odcieni niebieskiego. Powędrowała gdzieś w świat, nawet nie pamiętam dokąd - chyba na aukcję dla dzieci w Afryce..
Taka klasyka zawsze uspokaja...
Tutaj obrzeżenie jakby wychodzi co jakiś czas wypustkami w stronę środka zakłądki. Całkiem niezły efekt - nie do końca chyba dobrze widoczny na zdjęciu.
Za oknem właśnie sypie śnieg i świeci słońce. :) Wiwat kwiecień. ;)
Inna niż zwykle... W sumie "lepsza" niż w ubiegłym roku jeśli chodzi o możliwości uczestnictwa w liturgiach (bardzo cenię te na dworze, naprawdę).
Choć jak tak sobie myślę, to żadna Wielkanoc nie powinna być "taka sam jak inne". I nie chodzi mi tu o tę cała zewnętrzną otoczkę. Bo jeśli tylko zewnętrzna otoczka dominuje, no to mamy jakiś problem. I chyba niezależnie od poziomu, obecności czy braku wiary w Zmartwychwstanie.
Nie umyłam w tym roku okien, bo dzień przed planowanym myciem dopadła mnie przykra dolegliwość uniemożliwiająca takie działania (a reszta domowników ciężko pracowała). Nie zrobiłam wielu innych rzeczy, które robiłam zazwyczaj - z gatunku tych porządkowych. Nawet bab mniej upiekłam.
A jednak mam poczucie wyjątkowości tych Świąt. Że pomimo intensywnej pracy ostatnich tygodni skończonej nad ranem w Wielką Środę, pomimo narzekań, że "nie czuję, że to już Święta", pomimo samotnej liturgii online w Wielki Czwartek, dane mi było wejść w tę Wielkanoc. I to postrzegam wyłącznie w kategoriach daru. To nie moja zasługa.
Lubię ciszę Wielkiej Soboty. Owszem, tu jakiś mazurek, to tiramisu... Ale jest ta piękna cisza nabrzmiała oczekiwaniem, na wybuch radości. Bo przecież my z jednej strony wspominamy to, co się wydarzyło. A z drugiej - to jednak jest jakieś uaktualnienie tego "weekendu, który zmienił świat" w moim, konkretnym tu-i-teraz. Które jest inne niż rok temu i inne niż za rok.
I w tym konkretnym hic-et-nunc życzę Wam Błogosławionych Świąt Zmartwychwstania. Im jestem starsza, tym mniej umiem składać piękne i długie życzenia. Ale w te krótkie wkładam całe serce.♥
Zanim złożę życzenia, rzutem na taśmę wstawiam dwa zdjęcia karteczek.
Z góry przepraszam, że nie zdołam wysłać do wszystkich.
Z uwagi na nawał pracy sądziłam, że już nie będzie kartek świątecznych na kolejną Wielkanoc, ale jednak wpadłam na pomysł, adaptując nieco wzór kartek z 2019 r.
Najpierw powstała bateria jajek. Praca taśmowa: najpierw wycinanie kształtów, potem klejenie. Fajna zabawa, a że taśmowo to i szybko. Jajka wycinałam z tekturek podczas rodzinnego spotkania przy zdjęciach na Teamsach w niedzielę (jedna z kuzynek wpadła na taki pomysł i dobrze się sprawdza, a starsze ciotki i wujkowie z różnych stron, już nie tylko Polski ale i świata, mają dodatkową radość). Potem w ramach odpoczynku, przy słuchaniu ciekawej rozmowy w internecie, kleiłam wzorki.
Przydały się też zbierane przy różnych okazjach błyszczące cekiny.
Dodatkowym plusem jest to, że papierki, które naklejałam na jajeczka mają różną fakturę i grubość. Przydały się też wstążeczki.
Umieszczenie jajek ich na kartonikach to już drobiazg. Jeszcze wydruk napisu (zawsze problem sprawia dobór czcionki ;) ) i znowu hurtowe naklejanie.
Jak zwykle u mnie sprawdzają się najprostsze pomysły. Oczywiście zrobiłam też kilka innych kartek, ale te z jajeczkami przebijają wszystko. Ilością i kolorem.
Zasadniczo nie robię podkładek pod szklanki czy kubki. Tak jakoś wyszło. A przynajmniej nie robiłam w ogóle do niedawna.
Konkretnie do momentu, kiedy dałam się skusić drewnianemu kółku odciętemu z pnia starego drzewa owocowego przez syna moich przyjaciół. :)
Ten niewielki kawałek drewna służył mi długo w surowej postaci. Nawet znalazł się na jakimś zdjęciu z zakładką. I w końcu zaczął kusić. A ja uległam.
Środek pomalowałam delikatnie białą farbą. granicę stanowiła wyraźnie odznaczająca się kora. Potem po obu stronach podkładki nakleiłam elementy z motywu "staroświeckich różyczek". Każda strona jest inna, bo każdą kleiłam i uzupełniałam osobno. Zależało mi na tym, by nie były identyczne.
Nie przecierałam papierem ściernym, nie wygładzałam. Podkładka zachowała charakterystyczne wrąbki od zębów piły.
Na koniec oczywiście lakier. Lekko pociągnęłam też lakierem korę (ale tylko lekko).
Bardzo mi się ta podkładka podoba.
Z przyjemnością stawiam na niej kubek i z chyba jeszcze większą przyjemnością rzucam na nią okiem, kiedy nic na niej nie stoi :). Nie wiem czy chciałabym mieć cały komplet takich podkładek. Jedna jest unikalna przez swą jedyność ;).