środa, 23 listopada 2016

Niestraszne mu przeszkody....

Słońce świeci, dobry czas na chwilę górskich wspomnień.

Kilka lat temu nasze zbiory map wzbogaciły się o mapę Gór Choczańskich. Założę się, że pewnie nikt, albo prawie nikt z zaglądających tu o nich nie słyszał. :) A to jest nazwa grupy górskiej, składającej się z kilku masywów, tuż koło Tatr, od ich zachodniej czy południowo-zachodniej raczej, strony. Jak wiemy z lekcji geografii, Tatry kończą sie na Huciańskiej Przełęczy i właściwie tuż za nią (tzn. szosa prowadzi przez Wyżnią Huciańską Przełęcz) można skręcić na Wielkie Borowe. Ale można tez jechać dalej do Kwaczan albo jeszcze dalej :).

Intrygowały mnie te góry (czy górki w porównaniu do tatrzańskich olbrzymów) od jakiegoś czasu, czytałam o pięknych miejscach, trasach, zjawiskach krasowych... Ale jakoś nigdy nie było na nie czasu. Albo inaczej: nie było takiego dnia, żeby nie dało się pójść w Tatry a dało w inne góry. Do tego roku.

Prognoza była jednoznaczna: w Tatrach leje. No, może w końcu nie lało aż tak bardzo, ale było mglisto i ponuro (Najst., Kamzikówna spędziła ten dzień m. in. łażąc z koleżanką po jaskiniach... przynajmniej z góry nie padało szczególnie). Ale już na Chočské vrchy prognoza była całkiem niezła. Zabraliśmy więc niespodziewanie odkrytą w Zakopanem przyjaciółkę (nie wiedzieliśmy wcześniej, że nam się urlopy zazębiły) i ruszyliśmy podbijać nowy kawałek świata :)

Szliśmy zdaje się mniej typową trasą, bo większość ludzi wędruje doliną Kwaczańską, a my do niej doszliśmy jakby od tyłu. Dzięki temu na kawałku trasy mieliśmy trochę więcej spokoju ;).

Nie są to góry wielkie ani drastycznie wysokie. Mają w sobie jednak ten spokój i przestrzeń.

Na rysunku i w całości prezentują sie tak:


A w naturze wyruszaliśmy w taką drogę:


Dla mnie ten widok tchnie nieopisanym spokojem.
A możliwości wędrowania było nawet trochę :)



I takie kuszące miejsce... W bok od bocznej doliny...


Bardzo żałowałam, że ta drabina nie nadawała sie do włażenia. I już skróciła się...

Zawędrowaliśmy do niejako serca Kwaczańskiej Doliny - na tzw. Obłazach stoją dwa młyny (wodne, zajmowały się obróbką drewna) odnawiane przez zapaleńców, można zobaczyć jak działały, jak cięto drewno... Tam już było sporo ludzi (ale jeszcze nie tłumy), całe rodziny, bo to świetne miejsce na wyprawę z dziećmi. I były też kozy, bardzo zainteresowane naszymi plecakami i zapasami jedzenia :).

A przedtem i potem były widoki. Trochę mi żal,  że samą Doliną Kwaczańską idzie się starą drogą (jeszcze w latach 60. jedynym połączeniem Liptowa z Orawą. nie do uwierzenia!) i co prawda co jakiś czas otwierają się piękne widoki na skały i leżące z 80 m niżej dno doliny, ale jakoś bardziej by się chciało tego dotknąć. W dolinie Borowianki, którą szliśmy najpierw, było pod tym względem zdecydowane lepiej i nawet były widoki na strumień żłobiący sobie w podłożu fantastyczne kotły i przełomy.

Właśnie z tej bocznej doliny pochodzi tytułowy bohater...

Brzeg drogi zabezpieczają wbite pionowo ceowniki połączone grubą żelazną liną. Stare. Naprawdę stare. Na poboczu wyrosło drzewo.... Przypuszczam, że w którymś momencie grubiejący pień trafił na linę - to było nieuniknione. I poradził sobie tak...



 Natura w zderzeniu z cywilizacją...

Coś mi się zdaje, że jeszcze tam wrócimy. Może tym razem w Dolinę Prosiecką, sporo zjawisk krasowych jeszcze na nas tam czeka... :)


A w ogóle to będę tam chodzić jak będę na emeryturze :) Doskonałe miejsce dla starszych pań i panów :D






2 komentarze:

  1. To ja się już zapisuję na tę wycieczkę dla emerytów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze będzie mieć Takie towarzystwo!

      Usuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)