niedziela, 23 sierpnia 2015

Bliskie spotkania

Pierwszy raz w życiu byłam tam po skończeniu podstawówki. Przy okazji wyjazdu na rodzinną włóczęgę z namiotem po Węgrzech Rodzice postanowili pokazać nam (bratu i mnie) kawałek słowackich Tatr, które schodzili na studiach dzięki tzw. konwencji. Wyprawa do Doliny Pięciu Stawów Spiskich i dalej przez Czerwoną Ławkę do Dol. Staroleśnej była szalenie emocjonująca i dla mnie nieco przerażająca - okazalo się, że mam skłonności do panikowania i lęk wysokości. Okazało się jednak wówczas również, że cierpliwością mojego Taty da się i to panikowanie, i ten lęk opanować, rozbroić. Przeszłam. Dumna jak paw. A kiedy zbiegaliśmy (no, prawie, żeby zdążyć przed zmrokiem) od zamkniętej Zbójnickiej Chaty, po ścieżce biegła przed nami kozica. Wtedy, choć ludzi w słowackich Tatrach było kilkanaście razy mniej niż obecnie, była to wciąż rzadkość.

W tym roku przeszliśmy rodzinnie prawie identyczną trasę. Pogoda była zdecydowanie lepsza niż te ... lat temu. Ludzi więcej, ale ci bardziej irytujący na szczęście nie wychodzili ponad stawy (w tym roku okazało się, że mam odruch uciszania krzyczących w górach, nawet jeśli robią to w obcych językach - odruch działa szybciej niż pomyślę. Na rzucanie kamieniami reaguję podobnie...). Ściana pod przełączką - choć to najdłuższy ciąg sztucznych umocnień w Tatrach - okazała się całkiem "spoko". Przepięknie urzeźbiona, sucha skała nie sprawiła nam większych problemów. No, w jednym miejscu nogi wydawały się trochę za krótkie. Emocjonująco, pięknie, ambitnie - super po prostu. Nasze Kamziki (dwa domowe, jeden chrzestny, w tym roku najstarsza z Kamzików łazi po Górach Wyższych) zachwycone. Takie drapanie się po skałkach wydaje się czasem znacznie ciekawsze od cierpliwego podchodzenia bardziej tradycyjnym szlakiem - choć tempo na Endomondo nie wychodzi zawrotne (zwłaszcza, gdy się zapomnie przestawić z "wędrówek pieszych" na "wspinaczkę" :) ).




No i kiedy syci wrażeń oraz najedzeni szarlotką z bitą śmietaną (zdaje się, że to będzie nasza tradycja w Zbójnickiej Chacie, bo już drugi raz z Kamzikami tak sobie dogadzaliśmy) ruszyliśmy w dół z ambitnym zamiarem zdążenia na ostatnią kolejkę z Hrebienoka (trójka z przodu bez problemu, dwójka z tyłu z pewną obawą czy da radę - a potem, kiedy Kamizki już na dobre wypruły do przodu, uświadomiłam sobie, że to ja mam bilety), okazało się, że SĄ KOZICE. Nie w oddali, nie na przeciwległym zboczu, nie na zielonej trawce "o tam pod tamtą skałą", tylko tu i teraz. Na wyciągnięcie ręki. Na ścieżce, nad ścieżką, obok ścieżki. Żywe, dzikie, nieprzywiązane :)).
Cudne zwieńczenie cudnego dnia (choć do dołu jeszcze godzina z  hakiem była). I mam, mam osobiste zdjęcie z kozicą, jak kiedyś w dzieciństwie z łanią leżacą przy schronisku ma Ornaku... Ale pokażę inne... Popatrzcie tylko...




 

 

To spojrzenie... I ten ogonek...

Spotkaliśmy w tym roku kozice jeszcze na Szalonym Wierchu w Tatrach Bielskich - Józef Nyka napisał w swoim przewodniku, że tam są kozice i one to traktują bardzo poważnie, zawsze są :). I były równiezż nad Zmarzłym Stawem przy drodze na Zawrat (też z maluchem). Te jednak przebiły nawet kozice-poliglotki z okolicy Łomnickiego Stawu...

PS. Na zdjęciu drugim z kolei pierwszy szczyt z  prawej to Łomnica, a pamperek z zielonym na głowie to Agaja (na głowie, choć kto tam wie co w głowie, pewnie też zielono) :)
Zdjęcia takie jak pierwsze robi się po to, żeby wzbudzać podziw/zazdrość/okrzyki przerażenia :))

10 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Rzeczywiście pasjonująca. Nie sądziłam, że w tym wieku zobaczę jeszcze nowe horyzonty w górach. A jednak...

      Usuń
  2. Mam podobne wspomnienia z dzieciństwa z tą różnicą, że wtedy zamiast kozic spotkaliśmy młodego niedźwiedzia. :) Było trochę strachu... I sama nie wiem, czy bardziej przez tego futrzaka, czy przez trudny szlak do przejścia. :) Teraz lubię góry... na zdjęciach. ;))) Pozdrawiam serdecznie i gratuluję odwagi we wspinaczce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIedźwiedzie - jak najbardziej. Ale nie w tym roku :) W poprzednich latach bywały - są opisane też na blogu :)
      Góry w naturze są jednak dla mnie bardziej fascynujące niż na zdjęciach, choć zdjęcia robię bez opamiętanai czasem ;))

      Usuń
  3. Oj jak dawno nie chodziłam po górach,fajnie jest tak czynnie spędzać czas,a góry mają w sobie coś co wszystkich miłośników pieszych wędrówek przyciąga.
    Jednak wspinaczka to już inna bajka,to już nie dla mnie :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo odpoczywamy męcząc sie w ten sposób :)
      Taka wędrówka po ubezpieczonej grani czy ścianie to coś pośredniego między wspinaczką a wędrowaniem. Lubię. Teraz lubię. Choctrzeba być bardzo ostrożnym.

      Usuń
  4. Poza ścieżką i w górę to jeszcze się da
    ale w dół za nic nie wychodzi ;)))

    Fajne bliskie spotkanie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dół zawsze trudniej. Ten konkretny szlak przez wiele lat był jednokierunkowy i tą ścianą szło się wtedy w górę.

      Usuń
  5. Niesamowicie to wygląda. Zazdroszczę, choć jak pomyślę, że miałbym na coś takiego się wspinać, to z samego strachu bym chyba zleciał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli zdjęcie działa :))
      NIe, ta ściana nie jest taka przerażającaw realu, bo jest naprawdę dobrze urzeźbiona i jest gdzie stawiać nogi. A w dół można nie patrzeć :)).

      Usuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)