niedziela, 20 października 2013

Taniec ogniście pomarańczowy

I jeszcze "lubię zapach pomarańczy". Kojarzycie te dwie piosenki (tę zacytowaną w tytule i tę drugą)?

Miało być w pomarańczach to i jest. Zadziwiające swoją drogą, ile odcieni pomarańczowych nici mam w pudełku :). Ale dodałam też "złota" i odrobinę takiego z pozoru nijakiego beżu (który dobrze komponuje się ze wszystkim i przybiera odpowiedni "posmak" zależnie od sąsiedztwa). Zdjęcia są dwa, bo zakładka wygląda inaczej w zależności od tła. Oświetlenie rzecz jasna też jest istotne. Mam więc nadzieję, że Bardzo Kochana Właścicielka będzie zadowolona przez długie lata.
Aha - starałam się tym razem pilnie nie tylko o odrobinę szaleństwa, ale i o symetrię (poza obrzeżeniem) i jest prawie idealnie. Prawie, bo w którymś momencie zapomniałam... ale dzięki temu wiedziałam gdzie góra a gdzie dół :).
No i cytat. Treść dostosowana do wyglądu całości albo też wzór dostosowany do treści :). Jak się okazało najlepszy z możliwych. Napis miał robić złudzenie narysowanego pisakiem. Oceńcie czy się choć trochę udało:



A ogonki są trzy tym razem, specjalnie i wyjątkowo.... Zawadiackie oczywiście.

Skądinąd ciekawe, że znam dwie Bardzo Miłe Panie przedkładające kolor pomarańczowy nad wszystkie inne i obie pochodzą z tego samego miasta... Genius loci?

PS. A Blogspot tym razem kłamie. Notka opublikowana została 24 października...

sobota, 19 października 2013

Dobrzy ludzie :)

cz. I
Dobrzy ludzie zasypali mnie muliną.
Nie. nie tylko w ostatnich dniach, proces był nieco dłuższy. Pierwsza była chyba moja Mama, z ulgą pozbywajaca sie z domu zbieranych latami w trudnych czasach nici do haftowania wraz z torebką-kuferkiem, w którym je przechowywała. Pamiętam, jak w latach 70. XX w. niektóre z tych motków przyjeżdżały aż z Rumunii (u nas nie można było ich dostać). Teściowa ofiarowała mi całą chyba mulinę jaka zostałą po jej Siostrze (Ciocia gdy była w lepszej formie lubiła haftować, od dobrych kilku lat było to już niemożliwe, a teraz już pewnie uśmiechnięta, od dwóch tygodni wyszywa serwetki w niebie). Niektóre nitki wiekowe, niektóre w zaskakujących kolorach (takiego różowego chyba sama bym nie kupiła, ale też z czasem wykorzystam). Dostałam urocze dwa (!) zestawy nici od eNNki w pewnym odstępie czasu. Solidne i obfite! Znowu pojawiły się kolory, których chyba sama bym nie doceniła w sklepie i okazały się bardzo urokliwe. Już pisałam o jednym z nich. Latem też dostałam zupełnie z zaskoczenia komplecik kolorów od bliskiej naszemu sercu K. i konsekwentnie zrobiłam z nich zakładkę nazwaną "Cztery odcienie". Ostatni tydzień przyniósł pęk (serio) absolutnie cudownych nici od KFA i przesyłkę-niespodziankę od Elżusi, która robi przepiękne rzeczy (wiem z autopsji, bo dostałam tzw. biscornu, czyli poduszeczkę do igieł). Ten ostatni prezent to cieniowane nici, a jeden motek jest tak urokliwy, że chyba zrobię zakładkę dla siebie, której nie oddam... (do tej pory wszystkie "absolutnie moje" kończyły w którymś momencie w innych rękach, bo tak wyszło).  :D
Trzeba więc głośno, niezależnie od podziękowań wyrażanych osobiście, powiedzieć DZIĘKUJĘ!





cz. II
Mała rzecz a cieszy :)
Tydzień temu, wczesnym popołudniem, na sali wykładowej, stwierdziłam z zaskoczeniem, że nie mam fleka przy jednym bucie. Niby drobiazg, ale: po pierwsze buty dopiero co były u szewca, po drugie byliśmy w Lewoczy - jak tu szukać szewca (jak jest szewc po słowacku?) i jak i gdzie tu kupować buty (drogie jak nie wiem co), po trzecie prognozy zapowiadały deszcz, zatem bałam się, że buty zniszczą mi się zanim dotrę w niedzielę (niestety w niedzielę) do jakiegoś polskiego sklepu (najbliższe centrum handlowe na trasie - w Rzeszowie). I wtedy przyszła myśl, że może ten flek (taki solidny, nie od szpilki na szczęście) jednak odpadł w samochodzie. Bingo! Lekko więc kuśtykając, żeby nie pozdzierać podeszwy, z kawałkiem gumy w ręce (ja) ruszyliśmy (oboje) na poszukiwanie kleju uniwersalnego. Najgorsze było to, że doskonale pamiętałam jak przed samym wyjazdem miałam w domu w ręce tubkę kleju i pojawiła się myśl czy go nie wrzucić do bagażu. Miałabym jak znalazł...Mądra Agaja po szkodzie... Klej, choć z pozoru łatwiejszy do znalezienia w obcym mieście niż szewc i sklep z butami w przystępnej cenie, okazał się nabytkiem niedostępnym, głównie chyba dlatego, że w Lewoczy sklepy zamykane są w sobotę o 12. I wtedy zobaczyłam ten dom:


Szerokie drzwi na dole były otwarte, wewnątrz sklep z pamiątkami i kwiaciarnia. W takim sklepie powinien być klej... niekoniecznie na sprzedaż. :) Panie ekspedientki z pełnym zrozumieniem przejęły się moim problemem. (Braki języka nadrobiłyśmy odwiecznym sposobem komunikacji... od czego są ręce?) Okazało się jednak, że przyniesionej z zaplecza buteleczki z klejem uniwersalnym nie da się tak szybko otworzyć... I wtedy stojąca obok klientka wydobyła z przepastnej torby klej "sekundkovy"... But trzyma się dobrze do dziś. A mnie zostało ciepłe wspomnienie o ludziach, którzy chcą pomóc...

O miłym panu z autoryzowanego serwisu we Wrocławiu (z tej samej wyprawy) napiszę może kiedy indziej. Wart jest uwiecznienia ze względu na niespotykany koszt diagnozy i naprawy auta...

Sporo czasu na opisanie drobiazgów. Ale takie drobiazgi są ważne i trzeba mówić o Dobrych Ludziach, którzy są wszędzie i zawsze chcą pomóc... O innych pisze się aż zbyt często...

Zastanawiam się czy od teraz klej szybkoschnący nie powinien być obowiązkowym elementem mojego bagażu :)

środa, 16 października 2013

Spiskojesiennie

Jak w tytule. A nawet można by rzec - złotospiskojesiennie.
Błyskawiczny przelot przez jesienny słowacki Spisz.
Perełki dwie - Lewocza i Spiski Zamek.
Podróż najpierw z półnożcy na południe, potem z zachodu na wschód.
Wrócę tam. Choc już wcześniej byłam. Nie da się inaczej. :)
















Na zdjęciu powyżej widać w oddali górujące nad Lewoczą sanktuarium maryjne. Poniżej zbliżenie.


A tu już coraz bliżej ogromny Spiski Zamek...








A to już nasz rodzimy, lubelski dąb :)


PS. Okazało sie, że mój słowacki w wersji pisemnej jest całkiem dobry, hej. Tylko dwie literki mi poprawiono, hej. Dumna jestem, hej. :)

wtorek, 15 października 2013

Niełatwa :)

No właśnie. Zasadniczo zgodna z zamówieniem i z obietnicą. Spodobała się niektórym domownikom. I całe szczęście, bo ja byłam pełna obaw czy to jest taka zakładka jaka być powinna. I tak patrzyłam i patrzyłam... Lubię takie odcienie purpury i fioletu. A na dokładkę tło (te najjaśniejsze partie) w sztucznym oświetleniu robi się jakby srebrzyste. Ale w naturalnym świetle za nic nie chce się przyzwoicie sfotografować, więc tylko Właścicielka potrafi ją ocenić odpowiednio. Z odrobiną niepokoju w sercu wysłałam ;)


Tak króciutko, bo jednak podróżowanie jest męczące pomimo uroczych chwil...

czwartek, 10 października 2013

Za miedzą

Za miedzą to tak naprawdę będziemy dopiero jutro wieczorem, po całym prawie dniu jazdy, jako że chodzi o miedzę południową, a do tej od nas daleko. Niemniej od wczorajszego wieczoru zmagam się z sąsiedzkim językiem usiłując przelać na slajdy parę ważnych sformułowań, aby to czym mamy się podzielić było łatwiejsze w odbiorze. Zdań tych jest niewiele (w końcu na slajdach są hasła i obrazki a resztą zajmie się tłumacz), ale praca to dość mozolna, no bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie poprzestanie na propozycjach googlowego przekładu i każdą z nich trzeba cierpliwie sprawdzać. Ostateczną korektę i tak na szczęście będziemy robić na miejscu. Na razie doszłam do tego, że umiałam samodzielnie poprawić p.t. translatora i poczułam się mądrzejsza a nawet troche dumna :)

Jedna z ostatnich fraz ubawiła nas jednak nieziemsko. Odpowiedź googlowa brzmiała "sexuálne gule". W pierwszym momencie zgłupiałam (skąd on tak?) a potem zaraz przypomniałam sobie, że kula to inaczej sfera... (mówić będziemy generalnie o miłości małżeńskiej, na wszelki wypadek wyjaśniam). A już można by było tę maszynę posądzić o sugerowanie jakiejś guli w gardle...


No cóż, polecamy się pamięci, ruszamy na południe, wracać będziemy ze wschodu....  już za parę dni, za dni parę.

PS. Wiedziałam, że październik będzie - powiedzmy - intensywny. Ale że aż tak? I przyszłość nie zapowiada się wiele lepiej.
A poprzedni post przebił ilością wyświetleń wszystkie pozostałe (i zdecydowanie bardziej treściwe). Czyżbym trafiła w dobry tytuł?