środa, 12 czerwca 2013

Zofia

Urodziła się dawno (w 1855 r.) i daleko - dziś to jest małe miasteczko na Łotwie, niedaleko granicy z Rosją, wówczas były to dalekie kresy, Polskie Inflanty, Łatgalia, piękny kraj lasów. Miała kochających rodziców i trzy siostry. A potem było powstanie styczniowe. Skończyło się - wiadomo jak. A że podczas powstania rodzina Zofii pomagała powstańcom ze wszystkich sił, poniosła tego konsekwencje. Wyrzucono ich z domu, majątek skonfiskowano. Ojciec, wyprowadzany do kibitki, dostał ataku apopleksji i zmarł dosłownie na progu domu, który musiał opuścić.... Matka i cztery dziewczynki (najmłodsza miała dwa tygodnie) miały jechać na Sybir. Po usilnych staraniach dalszej rodziny zezwolono na to, by zamieszkały nieco bliżej. Po kilku latach jednak władze zadecydowały, że dziewczynki zostaną odebrane matce i umieszczone w zakładzie wychowawczym w Petersburgu, gdzie mają wyrosnąć na Rosjanki. Uprzedzonej w porę matce cudem udało się wysłać je do Francji - tam w jednym z klasztorów była zakonnicą jej ciotka. Dziewczynki otrzymały tam gruntowne wykształcenie (Zofia znała biegle pięć języków!).

Po ogłoszeniu amnestii wróciły do kompletnie zdewastowanego i rozkradzionego domu i gospodarstwa. Zofia miała wówczas 17 lat. Starsza siostra wyszła za mąż, a ona zajęła się schorowaną matką i podnoszeniem majątku z upadku. Ta młoda dziewczyna musiała mieć niespożyte siły i energię, bo rzeczywiście zdołała doprowadzić całość do rozkwitu. Pracę gospodarską łączyła z tym, co byśmy dziś nazywali pracą społeczną czy wolontariatem - założyła szkołę, lazaret, leczyła chorych (również na tyfus, przy czym sama o mało nie umarła), odbudowała kościół... Rozważna, wymagająca przede wszystkim od siebie, dostrzegająca potrzeby ludzi i spiesząca z pomocą tam, gdzie tylko mogła pomóc, pobożna bez ckliwości...


Gdy gospodarstwo szło już dobrze, okazało się, że trzeba odratować nadwątlone chorobami i pracą siły. Wybrała się z matką w podróż do Włoch i tam zrządzeniem losu spotkała dalekiego kuzyna (to tylko na tamte czasy takie cuda, dzieliło ich 11 pokoleń - kto z nas jest w stanie wyprowadzić takie pokrewieństwo :D ) noszącego to samo nazwisko. Zaprzyjaźnili się - jak byśmy to dziś powiedzieli. No, powiedzmy prawdę, on się zakochał po uszy i nie przeszkadzało mu kompletnie, że ona była o 5 lat od niego starsza. Zimą, zapowiedziawszy się listownie, wybrał się na ten kraniec świata (to musiała być szalona wyprawa),  podczas tych odwiedzin oświadczył się i... dostał kosza. Niedoszły narzeczony  zrobił jedyne, co mógł - wsiadł do sań i pojechał kawał drogi na stację kolei (a warto nadmienić, że w saniach czuł się jak w łodzi na morzu....). Gdy dojechał na stację uznał, że jednak panna bardzo mu się podoba i ... zawrócił. Oświadczył się ponownie i został przyjęty - chyba zaimponował pannie siłą woli. Pobrali się w 1890 r. Byli bardzo dobrym małżeństwem, choć oboje odznaczali się silnym charakterem i oboje byli dużymi indywidualnościami.
Po ślubie Zofia opuściła Łatgalię i zamieszkała w zupełnie innej części kraju - u męża. Wychowywali (nowocześnie jak na owe czasy) dwóch synów, zajmowali się pracą społeczną i patriotyczną. Kiedy czytam ile dzieł i spraw zainicjowała Zofia, to aż mi się wierzyć nie chce, że miała na to wszystko czas i siły: założyła sklepiki na wsiach, ochronkę, szpitalik (sprowadziła doń zakonnice), bibliotekę, prowadziła coś w rodzaju szkoły dla młodych dziewcząt uczącej gospodarstwa, opiekowała się sierocińcem (i zabierała dzieci na lato do siebie), zajmowała się ogrodem i sadem, z zamiłowaniem prowadziła pasiekę, włączała w rozmaite lokalne  inicjatywy, odremontowała kościół.... a do tego jeszcze malowała...
Nie dożyła niepodległości. Zmarła nagle w 1916 r.

Pamięć o niej przetrwała w okolicy. We wspomnieniach tych, którzy zaznali od niej dobra. Tej pamięci doświadczyła też synowa Zofii (nigdy się nie poznały), gdy podczas II wojny nieznany człowiek przyniósł jej, będącej w skrajnej biedzie, niespodziewanie i za darmo buty dla dziecka: "Nie mógłbym się w domu pokazać, gdybym wziął od pani pieniądze. Jak rodzice się spalili to pani Zofia przyjechała z wozem żywności, pościeli i innych potrzebnych rzeczy, a potem przysłała jeszcze budulec na nowy dom". To było blisko 30 lat po śmierci Zofii, a spalone (i odbudowane dzięki Zofii) gospodarstwo było odległe od miejsca zamieszkania Zofii o kilkanaście kilometrów ...

Czytam wspomnienia o Zofii i tak sobie myślę, ile podobnych Dzielnych Niewiast żyło przed nami. A ile ich żyje wśród nas. Skromnych, niewywyższających się, niekrzyczących "popatrzcie na mnie, ja to jestem wspaniała"...

Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. 

6 komentarzy:

  1. Kto to jest? I gdzie można o niej poczytać? Proszę napisać - uwielbiam takie wspomnienia.
    Elżbieta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię doskonale :) i serdecznie witam.
      Zofia z Lipskich Lipska.
      No niestety nie ma o niej żadnej książki, a to czym dysponuję, to tylko wspomnienia członków rodziny. Szkoda strasznie, choć dobre i to. Nie ma dość materiału na taką klasyczną książkę, jak mi się wydaje.

      Usuń
  2. Przeczytałam jednym tchem.
    Podziwiam!
    Kto to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też podziwiam z całego serca. A przecież wiem, że takich czy podobnych kobiet naprawdę było - i nadal jest wiele. Pewnie tylko sposoby zaangażowania i zajęcia się zmieniają, bo inne są czasy... Nazywała się Zofia Lipska.

      Usuń
  3. Piękna historia. Piękna Postać.
    Skłoniło mnie to do refleksji, ile jest takich ukrytych Niewiast o wielkim sercu, dzielnych, odważnych, nie zatrzymujących się na sobie...
    Czasem mi żal, że nie ma ulic nazwanych ich nazwiskami czy szkół, którym patronują...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem jednak szkoły otrzymują takich właśnie wyjątkowych, lokalnych patronów. Uważam, że to bardzo dobry pomysł. Faktem jest, że częściej są to panowie niż panie, ale panie też się jak najbardziej zdarzają.

      Usuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)