środa, 10 czerwca 2015

Smutek dzielony

Jest takie powiedzenie "Radość dzielona to radość podwójna, smutek dzielony to połowa smutku".
Z radością to zawsze prawda (o ile tylko ten ktoś, komu o swojej radości opowiadamy, nie zgasi nas), ze smutkiem to nie zawsze działa w ten sposób, że zaniknie. Ale: na pewno łatwiej jest radzić sobie z trudnymi sytuacjami, kiedy możemy komuś opowiedzieć, że nam ciężko. I nawet podać więcej szczegółów. Złość, gniew, smutek kumulowane w sobie zaczynają nas zżerać od środka i niszczą. Lepiej je wypowiedzieć. To też pomaga zachować lepszą perspektywę, nie wyolbrzymiać - a czasem nawet znaleźć rozwiązanie... Nawet gdy możemy się przy kimś wypłakać robi się łatwiej niż w samotności. Oczywiście przy kimś życzliwym, okazującym zrozumienie, empatycznym.

Ta zasada, że warto opowiedzieć komuś zaufanemu o tym, co gnębi działa szczególnie przy przydarzających się wielu osobom smutkach niekoniecznie w pełni racjonalnych, wyolbrzymianych przes stres, zmęczenie itp. Zawsze powtarzałam dzieciom, że jak je coś martwi, to trzeba powiedzieć. I zawsze od nowa, bo człowiek niby wie o tej przytoczonej na początki zasadzie, a potem zapomina albo zgrywa twardziela, który sam sobie poradzi, względnie "nie będzie martwić innych". (Jakby matka nie martwiła się widząc, że dziecku coś dolega).

To chyba też jest najbardziej dojmujące i bolesne w samotności - że nie ma komu opowiedzieć... Ani o radościach, ani o smutkach.

Zastanowiło mnie ostatnio, że jest to problem odczuwany przez ludzkość jako taką. Niedzielne śniadanie jedliśmy u kuzynki, która trochę podróżowała po świecie i która też lubi rozmawiać ze spotkanymi ludźmi. Pokazywała figurki  z odległych kultur (Afryka, Ameryka Pd.) służące w zamyśle twórców temu, by... z nimi rozmawiać. Pełna wdzięku czarna figurka wojownika na niebywale długich i cienkich nogach. Bajecznie kolorowe szmaciane laleczki... Jakże samotni muszą się czuć ludzie, gdy elementem kultury staje się przedmiot, któremu można opowiedzieć o swoich smutkach... Bo to już nie dziecko wyżalające się przed ukochanym misiem. Ludzie dorośli... I można to skwitować machnięciem ręki, że to zabobony i głupoty, szukanie łatwych rozwiązań albo łatwego zarobku. Legenda dodawana, aby się łatwiej sprzedawało. Może i tak. Ale jednak... Znak czasów?

Kiedy człowiek nie ma przyjaciół czy bliskich znajomych, nie potrafi/nie chce rozmawiać z Bogiem, potrafi uwierzyć, że jak wyżali się przed kawałkiem szmatki ujętym w ładny kształt, to mu to pomoże.... a laleczka nawet smutki zabierze..

12 komentarzy:

  1. Szczerze mówiąc, to ja zawsze próbuję sobie sama poradzić ze smutkiem. Dopiero jeśli nie daję rady....ulewa się ze mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma swój styl... ale czasem dobrze jest powiedzieć wcześniej. Wtedy czasem jest mniej do ulania...

      Usuń
  2. trudny temat ... ile ludzi tyle sposobów przeżywania smutków. Ale kiedy straci się zaufanie do ludzi - a z doświadczenia wiem, że można je stracić i w przeżywaniu radości i smutku - a nie chce się/ nie potrafi rozmawiać z Bogiem... wtedy cóż pozostaje? Przypadkowi rozmówcy, figurki, czasem blog lub pamiętnik. Samotność... czasem nawet w tłumie ludzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serce mi pęka na myśl o takiej samotności. A czasem jest tak, że nie docenia się tego, kto jest obok, gotów do pomocy.

      Tak, można stracic zaufanie do ludzi. Choć przeraża mnie myśl o tak wielu czujących się samotnymi w małżeństwie...

      Usuń
  3. Nigdy nie umiałabym żalić się do kawałka szmatki, czy drewna.
    Zawsze mam kogoś przy sobie. Jest za co być wdzięcznym, a ja z reguły taka niewdzięczna:)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest za co być wdzięcznym.
      Wiesz, jak usłyszałam o paniach z Ameryki sprzedających w Sopocie "laleczki od smutku" to zrobiło mi się dziwnie. I smutno. A laleczki urocze - i co z tego.

      Usuń
  4. Moi przyjaciele zawsze są, nawet jeśli muszę pisać sms-a lub maila, to wiem, że w ślad za tym idzie ich modlitwa. Mam mało przyjaciół, ale Ci którzy są to sprawdzeni w wielu próbach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za mojej młodości pisało się w pamiętnikach "miej mało przyjaciół, niech będą prawdziwi"...

      Usuń
  5. Pierwsza myśl, to taka, że taki przedmiotowy przyjaciel zachowa nasze wynurzenia dla siebie i jeśli tylko nie ma w sobie podsłuchu to nikomu nie wypaple :)))) - Ale mnie o tej porze włącza się często czarny humor i jestem mało poważna :))) Pozdrawiam gorąco:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przwdziwy przyjaciel też nie wypaple :)
      Serdeczności

      Usuń
  6. Myślę, że jeśli figurka czy laleczka jest pomocna w "wyrzucianiu" smutków i gnębiących nas rzeczy to niech będzie i pomaga. Każdy sposób jest dobry, choć rozmowa z drugim człowiem jest moim zdaniem najlepszą terapią. A właśnie, co do terapii - ludzie cżesto spotykają się z niezrozumieniem i dlatego tach chętnie sięgają do spotkań z psychologami, to całkiem naturalne w zachodniej kulturze, że chodzi się do specjalisty i szuka w ten sposób rozwiązania dla swich problemów. Wydaje mi się, że właśnie figurki i lalki mogą pełnić w innych kulturach podobną rolę do psychologa.
    Wiesz, nasze babcie i prabacie radziły sobie w bardzo podbny sposób, spotykały się na np. darciu pierza i tam razem z innymi rozmawiały o różnych sprawach. Tak, rozmowa - zwłaszcza na głos -pomaga...

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie chodziło właśnie o to, że ludzie czują sie tak samotni, że uciekająsiędo korzystania z tych laleczek. Nie mają z kim porozmawiać. Jest różnica w mówieniu do przedmiotu a mówieniu do człowieka.
    Ja rozumiem, że jak nie ma człowieka to i kawałek drewienka wystaczy ale to jest strasznie smutne.

    OdpowiedzUsuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)