czwartek, 4 czerwca 2015

Zauważyć...

Wpis Basi  przywołał mnóstwo wspomnień.
Dzisiejsza uroczystość kojarzy mi się oczywiście z sypaniem kwiatów - kiedyś przeze mnie (choć to pamiętam szczątkowo) a potem przez moje córki. Kiedy szłam dziś w procesji w mojej rodzinnej parafii (ale procesja nieco inna niż w mojej młodości), pod nogami miałam głównie białe kwiatki ("akacje"czyli robinie?) i tylko trochę ciemnoróżowych. Boże Ciało jest jak wiadomo uroczystością wędrującą po kalendarzu i stąd różne kwiaty w różnych porach i pewnie też w różnych regionach Polski. Pamiętam z któregoś roku gruby, ciemnoczerwony dywan (no, niemal dosłownie) kwiatów pod naszym kościołem. Ale pamiętam też lata w kwiecie ubogie... I takiego roku dotyczy to wspomnienie...
W mieście, w nowej dzielnicy jest pod względem kwiatów na Boże Ciało inaczej niż na wsi. Oczywiście w parafii zbierane są "wspólne" kwiaty do kosza, przynoszą je przeważnie osoby niemające pod ręką dziewczynek sypiących kwiatki, ale oprócz tego każda mama zbiera kwiatki we własnym zakresie. Co więcej, takie zebrane płatki można przez chwilę przechować w lodówce i nie tracą wówczas zapachu ani sprężystości. Gdy Boże Ciało przypada w okresie kwitnienia piwonii, akacji lub róż (i maków), z kwiatami nie ma problemu. Bywa jednak i tak, że akurat żadne z tych kwiatów nie kwitną. I wtedy uzbieranie koszyczka płatków to niemałe wyzwanie.
Tak właśnie było kilkanaście lat temu, gdy miał urodzić się Najmłodszy Kamzik. Miałam do zapełnienia koszyczki dwóch dziewczynek (no, kilka koszyczków, wszak jeden na procesję nie starczy). W zaawansowanej ciąży, z dwiema dziewczynkami jakoś dałam (daliśmy) radę uzbierać na pobliskich łakach, co trzeba było na samą główną procesję. Ale potem przecież jest oktawa... Poniedziałek ok, wtorek...  nic nie uzbierałam i na procesję nie poszliśmy. Następnego dnia, w jakiejś nietypowej porze dzwonek do drzwi. Otwieram i z zaskoczeniem widzę panią N., sąsiadkę z parteru (mieszkaliśmy wtedy na trzecim piętrze), niemłodą już, mającą wnuczkę w wieku starszej Kamzikówny (mieszkali zresztą wtedy razem - trzy pokolenia w trzypokojowym mieszkaniu). Pani N. wręcza mi wielką siatę ciemnoczerwonych płatków - "Bo pani przecież ciężko...". Im te kwiatki ktoś przywiózł, czy sami jechali do rodziny z ogrodem. Wzruszające to było. Pani N. już dawno nie żyje (udało mi się być na mszy pogrzebowej, choć już nie byłyśmy sąsiadkami), a wspomnienie tej bezinteresownej życzliwości wciąż ogrzewa serce. :)

15 lat temu...

10 komentarzy:

  1. piękne wspomnienie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znikamy z tego świata, a zostają po nas dobre czyny. : )

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię takie wspomnienia o dobrych, zwyczajnych ludziach, Agatko!
    A u nas cała droga, dość długiej procesji była zasypana płatkami maków, róży pomarszczonej i piwonii, cudnie, aż grubo pod butami, ale na południu Polski mamy wszystko najwcześniej, akacje już przekwitły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, jestem blisko 700 km na północ od Ciebie...

      Usuń
  4. W życiu najbardziej znaczące i wartościowe są gesty. Nie każdy potrafi je okazać inie każdy tez potrafi je docenić. Miałaś to szczęście:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest :).
      Warto pamiętać, by takie gesty wykonywać... A do tego trzeba zauważyć i pomyśleć.

      Usuń
  5. powiem Ci, że mnie też ścisnęło za serce. uwielbiam i ogromnie szanuje takich ludzi, są na wagę złota :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są takie chwile, kiedy widać wielkość człowieka :)

      Usuń

Miło będzie przeczytać Twój komentarz :)